czwartek, 30 czerwca 2011

powszechnie - pomidory plus mozzarella

Tego posta miało nie być. Powstał ad hoc w wyniku ślicznych kolorów na zdjęciach.
Zapewne większość z Was robiła pomidory z mozzarellą. Ale (nie zaczyna się zdania od ALE!) po pierwsze - może są tacy, których boom na tę przystawkę minął. Po drugie - może tym, których boom nie minął, a w ferworze walki z coraz to nowszymi i coraz bardziej wyszukanymi potrawami zdążyli zapomnieć o tej prościźnie, znów się przypomni i z chęcią do niej wrócą. A po trzecie, nie przedstawiam tego jako przekładka na talerzu - pomidor, mozzarella, pomidor, mozzarella...
Lecz...

Zróbmy z tego lekką sałatkę do pracy:
  • pomidory kroimy w duże cząstki,
  • kulkę mozzarelli (dla trzymających linię - mozzarella light) kroimy w plastry, a potem w paski,
  • oliwki (ja użyłam zielonych z papryką) kroimy w plasterki - można wrzucić w całości (mniej roboty); ja jednak nie jestem fanką oliwek i nie lubię jeść ich całych ;),
  • sporo świeżych listków bazylii rwiemy i wrzucamy do reszty składników,
pozostaje nam tylko sos:
  • odrobina oliwy z oliwek,
  • odrobina wody (proporcje 1:1),
  • czosnek granulowany (nie za wiele, gdyż jest to sałatka do pracy),
  • świeżo zmielony kolorowy pieprz (ślicznie taki pieprz wygląda :) a jak smakuje!) i sól morska (w końcu zdobyłam sól do moich cudnych młynków - to jest główny powód używania takiej, a nie innej soli, ale podobno jest ona zdrowsza);


    Sałatkę zalewamy sosem, mieszamy i gotowe :)

    poniedziałek, 27 czerwca 2011

    hotel babylon

    Ostatnio, przez zupełny przypadek, trafiłam na tvn-owskie (a raczej tvn style'owskie ;) ) "W kinie i na kanapie". A tam, Dorota Wellman, rozpływająca się nad książką Imogen Edwards - Jones & Autora Anonimowego "Hotel Babylon". Tytuł wydał mi się znajomy. Nie mogło być inaczej, przecież gdzieś tam, kiedyś tam, a może nawet całkiem niedawno, był sobie serial o tejże nazwie. Serialu nie oglądałam, przeszłam obok niego zupełnie obojętnie i co się tu nagle okazuje? Że niby to był błąd? Że książka niby taka fajna, że to wszystko co tam jest to prawda? Ciekawostka przyrodnicza! :)
    I nie dość, że dziecięca naiwność we mnie, to okazało się, że łatwo na mnie wpłynąć ;) ale czuję się usprawiedliwiona, bo jednak 'Wellmanowa' to niegłupia babka i ją najzwyczajniej w świecie lubię.
    Zaraz po tym programie, byłam w empiku - nie, nie, nie poleciałam po książkę - i mi się owe peany nad 'Babylonem' przypomniały. Mimo, iż autora (a raczej autorów) nie pamiętałam, książka nie była wśród tych "na wierzchu", jakimś cudem znalazłam jeden jedyny egzemplarz. Zanabyłam i w ciągu długiego weekendu ją połknęłam :)

    Autorzy, w formie narracji recepcjonisty, opisują jak 'od kuchni' wygląda doba w wielogwiazdkowym hotelu. Co tak naprawdę dzieje się w kuchni, skąd kucharze mają kawior i inne rarytasy. Ile tak naprawdę warta jest noc (bez śniadania), za którą płaci się 2 tys. funtów. Dowiemy się, co kryje się pod hasłem '120% rezerwacja', a także jakich klientów obsługa lubi najbardziej. I najzabawniejsze (a może i najsmutniejsze) - co hotelowi klienci robią w hotelu i z jakimi problemami dzwonią do recepcji (np.: - Mam kolbę kukurydzy i zastanawiam się jak ją przyrządzić; - Czy ktoś mógłby kupić mi prezerwatywy?). Reakcja recepcjonisty zawsze jest w 100% profesjonalna.

    W związku z tym, iż jednym z autorów jest były pracownik luksusowych londyńskich hoteli, należy domniemywać, iż wszystko co czytamy jest prawdą, a to zdecydowany pozytyw tej książki. Całość może nie powaliła mnie na kolana (bo chyba to nie ten typ, który powala), ale czytało się miło, lekko i przyjemnie. Idealna książka na zresetowanie się choć na chwilę :)
    A! Jest też plus natury formalnej, ale to raczej zasługa wydawnictwa (Pascal) - duże litery :)


    Autorka napisała także m. in. o kulisach podniebnych podróży i powstawania boysbandów. Po tę drugą nie sięgnę, ale po pierwszą - może, kiedyś...

    P.S. Powiedziałam o książce Lee, a ona, że tak oczywiście, jest taki serial i to bardzo fajny! A musicie wiedzieć, że Lee ma długie zęby na seriale. Chyba się skuszę w wolnej chwili :)

    P.S.2 Jak zdążyliście zauważyć, bez wątku kulinarnego (i akcentów bolesławieckich) się nie obyło ;) znów zrobiłam białe ciasto bez pieczenia - tym razem w fajnej foremce i z podwójną warstwą biszkoptów - Magdo K., rewelacyjny jest ten deser! Mówię to ja - ANTYsłodyczowiec :D

    piątek, 24 czerwca 2011

    truskawki z pieprzem?


    Szybko szybko szybko! Truskawki już się powoli kończą, więc to ostatni moment, by wykonać te małe 'cuś' i by Wam je pokazać :)
    A tak na marginesie, w tym roku Za Rzeką był mały wysyp pięknych dorodnych truskawek - krzaczki znalazły się w dobrym miejscu po prostu ;) i są one tak słodziutkie, że nawet nie trzeba za wiele cukru jak się je je ze śmietaną :)
    Nie mam pojęcia jak smakują tegoroczne sklepowe. Raz tylko, w pracy spróbowałam kilka, niby też z wiejskiego źródła, ale były kiepskie. Tak więc nie ma to jak pewne źródło :)
    Jako, że w tym sezonie, zaliczyłam truskawki same, truskawki ze śmietaną, koktajl z truskawek, ciasto z truskawkami... to chciało się czegoś nowego. I oto w jednym z numerów Palce lizać ukazał się mym oczom prosty i ciekawy przepis. A mianowicie:
    • ubijamy 80 ml śmietany 30%,
    • jak śmietana zgęstnieje, dodajemy 2 łyżki cukru,
    • kolejny dodatek to 200 g serka mascarpone,
    • powyższe, mieszamy delikatnie,
    • truskawki (lub inne owoce) myjemy, kroimy w plasterki i układamy na talerzu,
    • truskawki posypujemy pieprzem (!),
    • a obok układamy porcję naszego serkowego kremu.
    Pieprz do truskawek oczywiście bardzo mnie zadziwił. Jednak warto było - mówię Wam! :)

    P.S. Bardzo chciałam wrzucić do tego posta starą piosenkę - 'Truskawkowe studio' (pamiętacie?). Nigdzie jej jednak nie odnalazłam :(

    wtorek, 21 czerwca 2011

    zapiekanka ze szparagami i tematy poboczne

    Wiem, że trochę nie wtenczas, bo sezon szparagowy ma się już ku końcowi. Jednak może jeszcze zdążycie? Tym bardziej, że do zapiekanki, szparagi nie muszą być pierwszej świeżości. A jak nie zdążycie, to polecam szparagi ze słoiczka - są niedrogie, pyszne i nigdy łykowate i nie trzeba ich gotować.

    Historię muszę zacząć od początku. A było to tak...
    Początek maja, początek sezonu szparagowego, a Siwy podjął temat:
    S: a pamiętacie taką zapiekankę ze szparagami i jakimś takim sosikiem... beszamelowym?
    A&Sz: no cooooś było, ale hmmm... co, jak, nie pamiętamy,
    S: Szpakers, no nie pamiętasz??
    Sz: nie pamiętam, odczep się,
    S: Alucha no pamięęęętasz, z takim sosem ona była,
    A: noooo byyyłaaa, ale nie wiem...


    Dni mijały. Dni przeszły w tygodnie, a Siwy spokoju nie dał. "Zaatakował" Sekretarkę (nasza osobistyczna dostarczycielka szparagów najświeższych z możliwych), wierząc, iż Sekretarka - jak na Sekretarkę przystało - pamiętać będzie wszystko. Otóż nie! Ale, ale... pojawiło się światełko w tunelu, otóż Sekretarka złożyła solenną obietnicę - "Siwy, poszukam w domu w moich przepisach". I znów dni mijały. W tak zwanym międzyczasie Siwy zadzwonił do Ajwonki - reakcja była wiadomo jaka... I wtem dzwoni telefon! Sekretarka! 
    - Coś znalazłam, ale co tu ja napisałam... na pewno sos robi się z mlekiem i masłem... na pewno jest koperek...
    - Jak to koperek? Ja mam pietruszkę...

    Siwy w końcu zrobił po swojemu, ufając pokładom swej pamięci:
    • szparagi (im więcej tym lepiej - 2 pęczki są idealne) gotujemy tak jak do zupy i ugotowane układamy na dnie naczynia żaroodpornego,
    • pierś (ilość dowolna) z kurczaka gotujemy w bulionie, następnie kroimy ją w kostkę i wrzucamy na szparagi,
    • dokładamy pokrojoną wędlinę,
    • całość zalewamy sosem,
    A sos beszamelowy do tej zapiekanki robi się tak:
    • do ciepłego bulionu, który został po gotowaniu piersi, wlewamy np. śmietanę (Siwy dodał 0,5 l mleka na tyleż samo bulionu), chwilkę podgrzewamy,
    • dodajemy starty na grubych oczkach żółty ser (min. 10 dkg na powyższe proporcje),
    • na koniec wrzucamy pęczek posiekanej pietruszki.
    Zapiekankę wstawiamy na ok. 30 minut do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni.


    Dzień po szparagowej uczcie, Sekretarka poruszając niebo i ziemię, zdobyła TEN właściwy przepis. I co się okazało? Że z pietruszką, że sos na bulionie i ze śmietaną najlepiej niekwaśną... :) (zaznaczam, iż z mlekiem wyszła super!)
    Ot i cała historia :)

    Ogłoszenie parafialne #1 - zapraszam na stronę pewnej lokalnej gazety, gdzie się ukazała moja recenzja Pokuty.

    A i jeszcze dorzucę coś, co mi dziś z głowy wyleźć nie chce ;)

     

    Długi ten post :) dotrwaliście do końca? Kto dotrwał palec do budki ;)

    niedziela, 19 czerwca 2011

    białe ciasto na upał - bez pieczenia

    Gie uwielbia słodycze. I absolutnie nie rozumiem  ostatnich, często zadawanych przez niego pytań. Takiej o to maści: "czy będzie jakieś ciasto?", "jakie ciasto zrobicie?". Ale, że o co chodzi? Że niby prowadzę bloga, na którego wrzucam jakieś tam jedzonko to jest to tożsame z pieczeniem? No nic z tego nie rozumiem ;) przecież Gie dobrze wie, że za pieczeniem nie przepadam, Ajwonka tymbardziej. 
    Jednak pewnego razu - a było to ładnych kilka dni temu - udało nam się pójść na kompromis. Odwiedziłam Magdę K. i żywcem zgapiłam przepis na biało - kolorowy deser. Bez pieczenia! Na zimno! Na upał :)

    • na samym wstępie musimy zrobić dwie galaretki (takie na jakie macie ochotę, byle były owocowe) - jak stężeją kroimy je w kostkę,
    • 1 szklankę mleka 3,2% zagotować wraz z 80g cukru,
    • osobno zagotować 1/2 kubka wody, odstawić z ognia i do wrzącej wsypać 2 łyżki żelatyny, szybko rozmieszać, by się rozpuściła (tym zajęła się Ajwonka, gdyż dla mnie to na razie wyższa szkoła jazdy),
    • 400 ml śmietany 18% połączyć z 200 ml śmietany 30% i z powyższą żelatyną (może być ciepła) - wymieszać i dodać ostudzone mleko z cukrem - wymieszać ponownie,
    • tortownicę o średnicy min. 22 cm wykładamy papierem do pieczenia,
    • na dnie układamy biszkopty,
    • na biszkopty wrzucamy połowę obydwu galaretek i połowę owoców (u mnie były to truskawki),
    • zalewamy połową naszej masy,
    • znów powtarzamy czynność z galaretkami i owocami,
    • znów wlewamy masę - tym razem całą, która nam została - czyli drugie pół ;),
    • na kilka godzin wstawiamy do lodówki, by stężało;

    Jako profan słodkości, nie ośmieliłam się czegokolwiek modyfikować. Jednak po fakcie, stwierdzam, iż zrobiłabym drugą warstwę biszkoptów - tam na pierwszych galaretkach. Tylko chyba by zmiękły, co? Hmmm.... Rzeczywiście profan ze mnie ;)

    P.S. Najważniejsze, że się udało! Gie zadowolony. Niespodziewani goście, tacy jak Kret, Lee i Daro również okazali entuzjazm - zwłaszcza Daro. A niby to baby tak się obżerają słodyczami... :)

    P.S.2 A tak dziś było Za Rzeką


    Podwójna, w 100% naturalna radość przyrody ;)

    LinkWithin

    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...