wtorek, 6 października 2015

Jak to było z naszym urlopem, czyli czy warto pojechać na Kretę?


W tym roku postanowiliśmy pojechać gdzieś dalej. Obejrzeć coś zagranicznego.
Marzył mi się wyjazd zorganizowany samemu.
Jednak zabrakło na to czasu i może trochę wiary w siebie. :)
Jako, że ostatnie miesiące były intensywne (remonty, przeprowadzka, nauka moja i Pana Wu., no i oczywiście praca, dom, praca, dom) postanowiliśmy pojechać gdzieś gdzie nikt nam nic nie będzie kazał.
Odpadły więc pędzące objazdówki.
Odpadły piękne i historyczne miasta.
Chcieliśmy ciszy i spokoju.
Nie chcieliśmy jednak tygodnia spędzonego na plaży.
Chcieliśmy miejsce gdzie będziemy mogli się poszwendać po okolicy dalszej lub bliższej.
Padło na Kretę.



Każdy kto był opowiadał o niej z zachwytem.
Prawie każdy odradzał hotel 3 gwiazdkowy.
"Będziecie żałować! Bierzcie minimum 4"
Odradzali nam też małej miejscowości.
"Co Wy tam będziecie robić??"
"Przecież to koniec sezonu!"
"Ale jak to? Bez dyskotek?"
(To ostatnie usłyszałam w jednym z biur podróży).

Posłuchaliśmy siebie.
Wybraliśmy się do uroczego (3 gwiazdki) hoteliku w miejscowości Bali, położonej w środkowej części Krety.
W hotelu byliśmy skoro świt i mimo, że doba hotelowa zaczynała się o 14, niemal od razu dostaliśmy pokój. Była to ciemna norka na parterze. :) Absolutnie nas to nie zraziło, jednak Pan Wu powiedział w recepcji, że bardzo chcielibyśmy mieć pokój z widokiem na morze.
I co? Bez problemu taki dostaliśmy! I to z balkonem! Z przyspieszonym biciem serca wdrapywałam się na najwyższe hotelowe pięterko. Na pięterko, na którym był jeden pokoik. Dla nas. O taki.


Wystarczyło zapytać... :))))

Pierwszy dzień spędziliśmy pod znakiem drzemek. Byliśmy naprawdę zmęczeni. Drzemki na plaży spaliły moje łydki. ;)
Drugiego dnia spenetrowaliśmy pieszo naszą okolicę.





Popływaliśmy kajakiem, odwiedzając takie cuda.


Kolejne trzy dni spędziliśmy w wynajętym aucie. 
Pierwszego dnia pojechaliśmy na wschód. Po drodze stawaliśmy tam gdzie tylko mieliśmy ochotę. Na przykład w uroczej wsi MOCHÓS, w której wypiliśmy grecką kawę (smak taki jak nasza sypanka) i zjedliśmy pyszną szarlotkę. Wcześniej jednak wpadliśmy do osławionego w przewodnikach i przez rezydentów, minojskiego pałacu w Knossos. Nie zrobił na nas wrażenia i cieszyliśmy się, że trafiliśmy na weekend darmowych wstępów. Bardziej polecić możemy grotę Diktejską w górach Dikti. Według mitologii, to w niej urodził się Zeus. Wspinaliśmy się na szczyt po to, by po wilgotnych stopniach zejść w piękną stalaktytową i stalagmitową jaskinię, na dnie której przeszliśmy się ścieżką dookoła małego jeziora.



W naszej wycieczce na wschód, przez płaskowyż Lassíthi z gajami oliwnymi (cudo!) dotarliśmy do portowego miasta Ágios Nikólaos. 
Obiad zjedliśmy w knajpce La Strada, polecanej przez przewodnik.
Smacznie, ale bez szału. 
Sam port wywołał we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony ogromny przepych, luksusowe jachty, bogactwo. Idąc w jego głąb widzieliśmy coraz więcej wraków i jednego wielkiego bałaganu. 




Kolejnym celem naszej podróży był zachód i weneckie miasteczko Chania.






Piękne stare miasto z klimatycznymi uliczkami i masą turystów! Jednak nie ma się co zniechęcać, bo turyści owi byli leniwi i chodzili tłumnie TYLKO głównym traktem. I tam też w tłumie spożywali drogie posiłki.
Wystarczyło wejść, w którąkolwiek boczną uliczkę, by popodglądać życie Kreteńczyków.
   







I, by zjeść sałatkę grecką w tak pięknych okolicznościach przyrody.



To była najlepsza sałatka grecka jaką jadłam w życiu. I to było najlepsze jedzenie jakie zjedliśmy w czasie naszego pobytu na Krecie. Knajpka Fáka. Gorąco polecam.
Z Chani wyruszyliśmy na Półwysep Akrotíri.
Tam czekały na nas takie widoki i plaża tylko dla nas! Coś wspaniałego :)






Popływaliśmy i ruszyliśmy dalej na zachód, do miasteczka Kíssamos. Miasteczka gdzie kończy się autostrada (New road). Główna ulica w Kíssamos to bida z nędzą i znów bałagan. Dotarliśmy do portu gdzie postanowiliśmy zjeść rybę. W końcu byliśmy w portowej knajpie! Jaki to był niedobry obiad! Do dziś czuję smak tych ryb... 
A nadbrzeżne knajpki w mieście miały taki urok...




Nasza ostatnia samochodowa wyprawa odbyła się w kierunku południowym. Czy muszę pisać jak piękne widoki mieliśmy po drodze? Góry mogą wszystko ;)) 




Odwiedziliśmy jaskinię Melidoni, najsmutniejsze miejsce na wyspie. W jaskini, w pierwszej połowie XIX wieku, 300 mieszkańców wsi Melidoni ukryło się przed najazdem wojsk tureckich. Kiedy mieszkańcy odmówili poddania się, Turcy podłożyli ogień, dusząc dymem kilkaset osób. Dziś, w grocie znajduje się pamiątkowy grobowiec.




Jadąc dalej na południe, zatrzymaliśmy się w Margarítes, wiosce ceramiki. Nie mogłam się napatrzeć na ręcznie wyrabiane cudeńka. W jednym ze sklepików trafiliśmy na miejscową oliwę z oliwek i taką też rakiję. Spróbowaliśmy i jednego i drugiego i bez obawy o smak zrobiliśmy zapasy do domu. 






Szczerze mówiąc mogłabym tam zostać cały dzień, ale czekało na nas miasto hippisów, Mátala! A wcześniej, w Moní Arkádiou polecamy pospacerować po XVI-wiecznym klasztorze Arkadiusza.





A co z tą Matalą? Setki lat temu, w piaskowcu, Rzymianie wykuli jaskinie, które wykorzystywali jako katakumby. W latach 60. XX wieku za swój dom uznali je hippisi. :)
W Matali zjedliśmy też obiad. Same greckie specjały, do których serwowano lokalne wino i piwo. Jedzenie było smaczne, bardzo sympatyczna obsługa, więc spokojnie można odwiedzić restaurację "Dwóch braci".







Kolejny dzień spędziliśmy na błogim lenistwie, głównie czytając książki i pływając w morzu. Pan Wu. w czasie tego tygodnia przeczytał aż 3 książki! Chciałabym tak szybko czytać. :)








Przedostatniego dnia pobytu na Krecie, autobusem pojechaliśmy do Réthimnon. Zależało mi żeby odwiedzić je w czwartek, bo właśnie tego dnia tygodnia odbywa się targ.
Samo miasto jest urocze. Znów sporo klimatycznych uliczek i knajpek. Zdecydowanie mniej niż w Chanii, więc dość szybko obeszliśmy okolicę.







Nie ominęliśmy ogromnego weneckiego zamku (fortezza) z XVI wieku. Zamek zwiedza się indywidualnie, bez przewodnika. Poza mapką na bliecie nie ma nigdzie żadnych informacji. Odniosłam wrażenie, że Kreteńczycy wiedzą, że turyści i tak tu zajdą i nie ma co się wczuwać w zwiększenie atrakcyjności zamku. Mam tu na myśli choćby posprzątanie rupieci, których było wiele w różnych miejscach fortecy. 
Na zamek warto pójść dla samego spaceru i dla pięknych widoków.





Niestety, bardzo zawiódł mnie targ. Więcej było tam taniej chińszczyzny niż choćby warzyw. Stoisk z lokalnymi produktami, typu oliwa, sery, oliwki, było nie więcej niż pięć! Kupiliśmy fetę na wagę (bardzo dobra) i nic więcej.



Obiad zjedliśmy w tawernie Castelo. Piękne kilkupoziomowe wnętrze, ze starymi kręconymi schodami i metalowymi balustradami. Jako poczekajkę dostaliśmy chleb, masło czosnkowe i pastę z czarnych oliwek (pyszna). Na deser, oczywiście rakija. :) 



Pogoda tego dnia była nieciekawa. Niebo zasnute czarnymi chmurami, przelotne deszcze. Jednak dzięki temu były bardzo duże fale i wieczorem mieliśmy co robić w morzu. ;)



Nasz wyjazd zakończyliśmy uczuciem sytości tej egzotyki. I z przekonaniem, że dobrze wybraliśmy w tym roku, że podjęliśmy dobre decyzje. Zwiedziliśmy sporo. Odpoczęliśmy. Byliśmy w uroczych miejscach. Autem jeździliśmy bez specjalnego planu i to był... najlepszy plan! 
Przekonaliśmy się też, że (chyba) wszędzie damy sobie radę sami. :)
To był dobry czas.
A...
Tego wszystkiego nie byłoby gdybyśmy wybrali się na jakąś objazdówkę. 
Nie byłoby tego gdybyśmy siedzieli w hotelu i korzystali z usług allinclusive. 
Nie byłoby tego gdyby wpadł nam do głowy szalony pomysł korzystania z piekielnie drogich wycieczek fakultatywnych.

Na Kretę pojechać warto. Nie można się tam nudzić. Jest wiele pięknych miejsc, zapierających dech w piersiach widoków, a Kreteńczycy są bardzo sympatyczni. Jednak na wyspie jest wiele przygnębiających widoków. Budowlane trupy, jak je nazwaliśmy na własny użytek, są wszędzie.



Wyglądają bardzo smutno. A do tego, w centrach wszystkich miast, cała masa pustych lokali do wynajęcia.
Zapewne to skutek greckiego kryzysu, ale może też i podejścia Greków do życia. W końcu "Grecy urodzili się zmęczeni i żyją po to, aby odpocząć."


***************

Post ten, jest inny niż wszystkie.
(Jesteśmy w końcu w moim nie-ładzie ;))
Wpis ten, potraktowałam jako pigułkę wskazówek o podróżowaniu po greckiej wyspie. Uznałam, że może komuś przydadzą się nasze niepolukrowane spostrzeżenia i doświadczenia. A i ja chętnie będę wracać do tych wspominków. :)

Garść informacji praktycznych: wynajem auta na miejscu, ze wszystkimi ubezpieczeniami kosztował nas 80€ za 3 dni (zamawiając auto w Polsce przez Internet zapłacilibyśmy 100€). Paliwo kosztowało około 1,5€/l, wydaliśmy około 75€. Za 3 dni fantastycznych wypraw zapłaciliśmy kilkakrotnie mniej niż za 3 dni wycieczek fakultatywnych w miejsca tłumne z ogromem obcych ludzi w autokarze.
Jeżdżąc autem, trzeba pamiętać, że Kreteńczycy jeżdżą jak chcą. Nie patrzą na znaki, potrafią jeździć na czerwonym, a zbliżając się do jakiegoś zakrętu po prostu trąbią, że jadą. :)
Korzystaliśmy tylko z mapy, która była w przewodniku. Nie zgubiliśmy się, GPS jest zbędny.
Ceny wstępów do zamków / muzeów / jaskiń: 3-5€. 
Ceny posiłków od około 5€ wzwyż. Nasza najlepsza sałatka kosztowała właśnie 5€.

P.S. Nie zapominajmy, że na Krecie jest bardzo dużo zwierzaków... :)



Kapliczek i kościółków...


I...
I koniec! ;)
Dziękuję za uwagę! :)

środa, 23 września 2015

Nieznane...

Dawno nie napisałam posta "z marszu".
Piszę i publikuję.
Zwykle robię to z małym wyprzedzeniem.
Przygotowuję zdjęcia,
opisuję przepis.
Dziś jest inaczej.


Jest późny wieczór.
Dzień wcześniej pili czerwone wino.
Rano ciężko było wstać,
ale jak zwykle poszli do pracy.
W pracy, i jednego i drugiego, było wyjątkowo nerwowo i długo.
Gdy wróciła do domu nie wiedziała czy wypić kawę, czy doprawić zupę w barwach jesieni, czy może zapasteryzować keczup.
Myśli o zbliżającym się wyjeździe były wyjątkowo odległe i jeszcze obce.
Smakowała kawę, wpatrywała się w piękny wrzos i z doskoku zapisywała co trzeba zabrać.
Zadzwoniła do przyjaciółki.
Znalazła paszport.
Wróciła do zupy.
Co chwilę wychodziła na balkon wdychać zimne jesienne powietrze.
Uśmiechała się widząc dzisiejszy nagłówek google.


On wrócił późno.
Szybko zarezerwowali dodatkowy nocleg.
Ułożyli rzeczy do spakowania.
Uzupełnili listę.
Chwilę się pośmiali z jej nieporadności.
Nowoczesny telefon to dla niej krok milowy!
On padł po ciężkim dniu.
Ona nie miała ochoty iść spać.
Chciała delektować się cichym, spokojnym i długim wieczorem.
Jutro może wstać później.
W końcu ma urlop.
Ze spokojem zje śniadanie,
wypije kawę,
zapakuje walizkę.
I ruszą w nieznane!


Do zobaczenia za jakiś czas Kochani!
Dziś podelektuję się jeszcze tym wieczorem... :)

wtorek, 15 września 2015

Chleb jęczmienny z serem pleśniowym i kuminem


Sezon pomiodoro-winobraiowy w pełni.
I pod takim znakiem był mój ostatni tydzień i weekend.
Pamiętałam o suszeniu pomiodrów,
pamiętałam o ich krojeniu, gotowaniu i przecieraniu.
Pamiętałam o spotkaniu z Ajwonką w czasie zielonogórskiego winobrania.
I o spotkaniu z przyjaciółmi tamże.
Mimo, że niechętnie podchodzimy do tłumów
to patriotycznie staramy się chociaż raz, w tym czasie, odwiedzić centrum miasta.
Nasze winobranie przyciąga niesamowite ilości ludzi i wystawców.
Mimo, że trwa cały tydzień, to każdego dnia na deptaku jest impreza.
Od rana do nocy.
Jest to jedyny czas w roku kiedy nasze miasto tętni tak mocno.
I dobrze. Niech się dzieje!
Niech ludzie nas odwiedzają, bo warto.
W tym roku, w końcu doczekaliśmy się wystawców lokalnych winnic.
(Winnic dookoła miasta jest coraz więcej).
I mimo, że wino nie jest tanie,
to dawno nie piłam tak dobrego białego wina.



I może to wino,
i może ta ilość "pamiętań"
spowodowały, że zapomniałam!
Zapomniałam, że nie mam ziaren kminku,
że nie poszukałam w sklepach owczego sera pleśniowego.
Zaczyn zrobiłam 24 h przed wyrabianiem chleba...
Zmieliłam za mało kaszy jęczmiennej na mąkę...
Ale upiekłam! :D

Upiekłam kolejny chleb w czasie naszego comiesięcznego wypiekania.
Do Wrześniowej Piekarnik Amber chleb wybrała Magda.

Zaczyn: 50 g aktywnego zakwasu żytniego (u mnie tradycyjnie mieszany), 100 g mąki pszennej chlebowej, 120 g wody;
  • wszystkie składniki mieszamy i zostawiamy na blacie na 12-14 godzin
Bibosz: 100 g mąki jęczmiennej, 150 g wody;
  • wszystkie składniki mieszamy i zostawiamy na blacie na 8-12 godzin


Ciasto właściwe: zaczyn, bibosz, 650 g mąki pszennej chlebowej, 230-250 g wody, 1 łyżeczka słodu jęczmienngeo (ja dałam miód), 1 łyżeczka soli, 150 g owczego sera pleśniowego (dałam krowi), 1 łyżeczka całych nasion kminku (dałam kumin), 1/4 łyżeczki drożdży (opcjonalnie);
  • ze wszystkich składników, oprócz sera, wyrabiamy gładkie ciasto (robot z hakiem: 5 minut na najniższych obrotach),
  • ciasto pozostawiamy do wyrośnięcia na 45 minut,
  • po tym czasie ciasto wykładamy na naoliwiony blat i delikatnie, powoli rozciągamy, tworząc prostokąt,
  • ser owczy kroimy w dużą kostkę i rozkładamy równomiernie na powierzchni ciasta,
  • zwijamy ciasto z serem w rulon, jak roladę i nie dbając o jego kształt układamy w naoliwionej misce do ponownego wyrośnięcia,
  • po 30 minutach dzielimy ciasto na dwie części, lekko odgazowujemy i formujemy dwa bochenki na posypanym mąką jęczmienną blacie,
  • bochenki układamy w koszykach i pozostawiamy do wyrośnięcia na 30-45 minut,
  • chleb pieczemy na rozgrzanym kamieniu (blaszce), z parą, w 240 stopniach przez 10 minut, a nastepnie bez pary w 220 stopniac przez 25-30 minut.

Najbardziej smakował nam jeszcze ciepły z chrupiącą skórką.



Nie ma to, tamto, koci test musi być!

Wrześniowy chleb na blogach: Akacjowy blog, Codziennik kuchenny, Gotuj zdrowo! Guten Apetit!, Konwalie w kuchni, Kuchnia Gucia, Kuchennymi drzwiami, Nieład malutki, Nie tylko na słodko, Leśny zakątek, Ogrody Babilonu, Polska zupa, W poszukiwaniu slowlife

czwartek, 10 września 2015

O szczęściu / Placuszki z cukinii o orientalnym smaku z dodatkiem miętowego sosu


Wsiadam na rower i jadę po omacku,
deszcz skutecznie okrył kroplami moje okulary.
Lewą ręką podtrzymuję kaptur,
czując jak bardzo mokre mam uda.
Jadę i myślę sobie, że nawet nie drażni mnie ten deszcz,
nie psuje humoru.
Jadę z uśmiechem i z siłą w nogach.
To był dobry dzień.
Przełamanie kolejnych osobistych blokad,
fajne rozmowy,
spotkanie z Ajwonką.






Szczęście w głowie,
bo mam czas na te rozmowy i spotkania.
Szczęście,
bo czeka na mnie 12 kg pomidorów do przerobienia.
Szczęście,
bo wiem, że jak wrócę do domu
ubiorę dres,
zapalę lampki,
podgrzeję kawę,
zagotuję imbir
i napiszę ten post.

Chciałam napisać o zimnych porankach,
o rześkim zapachu, gdy o 6 rano wypuszczam Helę na balkon.
Chciałam napisać o niewystawianiu nóg spod kołdry w nocy,
o tym, że liście balkonowych pomidorków mi żółkną.
Chciałam napisać o tym,
jak bardzo jestem szczęśliwa, że jest jesień.
I, że z tej okazji usmażyłam pyszne placki z cukinii.
Mimo tego, że bałam się, że będą się rozwalać.
Mimo tego, że bałam się, że będą zbyt mdłe.

Napiszę więc jeszcze o tym, że niepotrzebnie jest, bać się na zapas! :)



Placki z cukinii z moimi drobnymi zmianami na podstawie przepisu Agnieszki Maciąg.

Skład: 1 kg cukinii (waga po wycięciu gniazd nasiennych), 2 średnie marchewki, 2 średnie cebule, 7 małych ząbków czosnku, 3 jaja, 4-5 łyżek mąki (ja użyłam mąki kasztanowej, ale spokojnie można dodać inną), garść świeżego tymianku i natki pietruszki, łyżka masła klarowanego, łyżeczka kurkumy, łyżeczka ostrej (czerwonej) pasty curry, pół łyżeczki curry, pieprz, sól, szczypta bertramu (bertram ma delikatny smak, nie jest to popularna przyprawa, więc spokojnie można pominąć), olej do smażenia placków;
  • cebulę i czosnek siekamy w kosteczkę i smażymy na maśle klarowanym do czasu aż będą szkliste,
  • cukinię (razem ze skórą) i obraną marchewkę ścieramy na tarce na grubych oczkach,
  • posypujemy solą i odstawiamy na 10 minut,
  • po tym czasie odlewamy nadmiar soku (najlepiej wycisnąć warzywa w dłoniach - jak kapustę do pierogów),
  • zioła siekamy
  • do cukinii dodajemy cebulę i wszystkie pozostałe składniki,
  • całość mieszamy; jeśli uznamy, że ciasto jest wilgotne i może się rozlecieć podczas smażenia to dodajemy mąkę (ja dałam tyle ile podałam),
  • smażymy na rozgrzanym oleju,
  • odkładamy na ręcznik papierowy;



Sos: 300 g jogurtu greckiego, garść świeżej mięty, sok z połowy niedużej cytryny, ewentualnie odrobina soli,
  • miętę siekamy i łączymy z pozostałymi składnikami;

A Wam jak minął dzień?
Jakie drobne sprawy dają Wam radość? :)

wtorek, 1 września 2015

O porażkach, sukcesach i pysznej zapiekance z resztek :)


Niespełna tydzień temu zdałam egzamin.
Nie mogę powiedzieć, że był to najtrudniejszy egzamin jaki przyszło mi dotychczas zdawać.
Jednak inaczej jest uczyć się i zdawać, kiedy jest się na studiach i w szkole,
a inaczej wtedy gdy o edukacji zapomnieliśmy już milion razy.
Inaczej jest uczyć się tego co w miarę się ogarnia,
a inaczej tego, do czego nie ma się za bardzo podstaw.
Fizyka wróciła do mnie jak ten bumerang.
Odżyły niefajne wspomnienia z nią związane
i pojawiło się fizyczne pojęcie, zwane oporem. :)
I z tym oporem o oporze się uczyłam.
Notatki nie raz oblałam łzami,
uznając, że to nie dla mnie, że się nie nadaję.
Zniecierpliwienie i złość sięgały apogeum
i chylę czoła Panu Wu za jego spokój, opanowanie i zrozumienie. ;)


Dziś jestem z siebie bardzo dumna,
że jednak się udało,
że wiele się o sobie dowiedziałam,
że fizyczny demon z przeszłości prysnął jak bańka mydlana.
Tym bardziej, że nie zdałam ledwo co.
A zdałam z bardzo dobrym wynikiem.

Przez te wszystkie zdarzenia
lato trochę mi umknęło.
Nie wykazywałam się w kuchni,
bo albo mnie w niej nie było,
albo robiłam coś na szybko
(dziwię się, że fasolka szparagowa i kalafior nie śnią mi się po nocach ;)).
Za to teraz, cieszy mnie każda zwykła chwila dnia codziennego.
Naprawdę z przyjemnością opróżniam zmywarkę,
ogarniam łazienkę i myję okna.
I z przyjemnością wracam do kuchni,
Nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), gdy patrzą się na mnie resztki.
Nie od dziś wiadomo, że z resztek można cuda wyczarować.
Z kolacji zostało trochę ZaRzekowej fasolki.
Z obiadowego gziku zostały 4 duże ziemniaki.
Z weekendowego ucztowania na działce zerkały na mnie kiełbaski...
I troszkę śmietanki niewykorzystanej do tiramisu...


Skład: ugotowane 4 duże ziemniaki, 3 garście fasolki szparagowej (żółta i zielona), 3 kiełbasy (np. żywieckie), 1 duża cebula, łyżka oleju do smażenia, 80 ml śmietanki 30% (tyle miałam, ale proponuję trochę więcej), 3 średnie ząbki czosnku, 1 jajo surowe, świeże oregano, gałka muszkatołowa, pieprz, sól, 4 łyżki bułki tartej, kawałek masła do skrojenia na wierzchu zapiekanki;

  • piekarnik nagrzewamy do 200 stopni,
  • cebulę kroimy w kostkę i wrzucamy na rozgrzany na patelni olej,
  • kiełbasę kroimy w półplasterki i dodajemy do cebuli; smażymy tak długo aż kiełbasa się dobze zrumieni,
  • obrane ziemniaki kroimy w półplastry, fasolkę w większe kawałki i przekładamy na blaszkę lub naczynie żaroodp.,
  • dodajemy podsmażoną kiełbaskę i cebulę,
  • całość mieszamy,
  • w miseczce mieszamy śmietankę, jajo, przyprawy, zioła, start czosnek i tym zalewamy składniki zapiekanki,
  • wierzch posypujemy bułką tartą,
  • na całości rozkładamy małe kawałki masła,
  • pieczemy ok. 20-25 minut lub do momentu zrumienienia się bułki (ma być chrupiąca);

A Wy macie ulubione danie zrobione z tego co się nawinie? :)

I na koniec Helcia pomagając w nauce :P


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...