poniedziałek, 10 grudnia 2012

Mus czekoladowy

Czy Wy to widzicie? Czy to dzieje się naprawdę? 
Nie mogę w to uwierzyć! Kolejny, w tak krótkim czasie SŁODKI przepis. 
Co tam słodki! Znów czekoladowy!
Czy coś ze mną nie tak się dzieje?
Na swoje usprawiedliwienie tylko powiem, że w prezencie mikołajkowym Za Rzekę zawiozłam własnej roboty słoikową.  I nie dorzuciłam ani kawałka czekoladowego mikołaja! Ani troszeczkę.
I tę słoikową zaniosę jutro do pracy, bo kolega Roberbik zarzucił mi, iż na blogu nie piszę o schabowym!
Wybrnęłam z tej czekoladowej monotonii?!


Skład: 2 tabliczki czekolady (u mnie gorzka), 60g masła, 6 jaj, cukier puder;
  • czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej,
  • do rozpuszczonej czekolady dodajemy masło,
  • mieszamy, ściągamy z gazu,
  • żółtka oddzielamy od białek,
  • żółtka dodajemy do czekolady z masłem - dokładnie mieszamy,
  • ubijamy pianę z białek,
  • pod koniec ubijania dodajemy cukier puder (u mnie około 3 łyżki),
  • by piana nie osiadła pod wpływem czekolady, kopiastą jej łychę (lub więcej) przekładamy do masy czekoladowej, dokładnie mieszamy,
  • czekoladę delikatnie przerzucamy do białek, delikatnie mieszamy całość,
  • przekładamy do miseczek,
  • wkładamy na chwilę do lodówki;

Kolejny mus będzie na biało, a jeszcze kolejny na ostro. Spokojnie - nastąpi to kiedyś. Chyba... 

*przepis podpatrzony w programie Pyszne25

wtorek, 4 grudnia 2012

Tost. Historia chłopięcego głodu plus rozwiązanie zagadki

Monika w jednym ze swoich postów przypomniała mi o filmie, który kiedyś miałam chęć obejrzeć.
Niestety jak czegoś nie zrobię od razu, zapominam o tym. Tak też było z "Tostem".
Szczęśliwie są przypominacze :).


Widziałam jedynie reklamy tego filmu, nie wczytywałam się w jakiekolwiek recenzje lub opisy.
Byłam przekonana, że film jest obyczajową, rodzinną, pełną ciepła i humoru opowieścią o chłopcu, którego miłością stawało się gotowanie.
Nic bardziej mylnego. Film nie ma chyba żadnej z wymienionych cech. Oprócz rodzącej się miłości do gotowania.
Od początku do końca jest dramatem.
Dramatem chłopca, który nie czuje ojcowskiej miłości. Miłości! On nawet nie czuje, by ojciec go lubił.
Dramatem chłopca, który traci najbliższą mu osobę.
Dramatem chłopca, pragnącego zainteresowania. Tego ojcowskiego najbardziej.
Dramatem schorowanej matki.
Dramatem zagubionego ojca.
W końcu i dramatem niedowartościowanej sprzątaczki zazdrosnej o kulinarne sukcesy chłopca.

Absolutnie niech Was nie zraża ta dramaturgia!
Mimo ciągłych przeciwności losu młodemu Nigel'owi udaje się ...
Wytrwać w szkole podczas zajęć z gospodarstwa domowego. W końcu WSZYSCY chłopcy chodzą na stolarstwo czy coś jeszcze bardziej męskiego.
Zrobić wymarzoną idealną tartę cytrynową - po wielu próbach.


A co najważniejsze, w końcu poznaje nowe smaki. Dotychczas na rodzinnym stole królowały tytułowe tosty.

Nareszcie udaje mu się powiedzieć całą prawdę rzeczonej sprzątaczce. 
Uciec z domu, który domem chyba nigdy nie był i... zacząć nowe życie.
Jakie? Zobaczcie sami.

Film oparty na faktach. Oparty na opowieściach Nigel'a Slater'a. Kim on jest? Sprawdźcie sami :)


************************************
Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, to ostatni post sponsorowany był przez białego młodzieniaszka daniela!
Jury w liczbie osób RAZ jednomyślnie (!) stwierdza, iż  fanfary należą się Qrce, która okazała się najwytrwalszym zgadywaczem. Qro, kłaniam się nisko, a młody przystojniak zapozował dla Ciebie 

 

* zdjęcia filmowe - filmweb.pl
** zdjęcie daniela - galeria.interia.pl

piątek, 30 listopada 2012

Pikantny łosoś z mleczkiem kokosowym w trakcie zwyczajnego dnia

Dzień, w którym zrobiłam to danie zaczął się niewinnie.
Standardowy wyjazd na oczyszczalnię ścieków.
Godzinna jazda we mgle odrobinę zburzyła i standardowość i niewinność dnia.
Jeszcze bardziej zburzył ją jegomość spotkany na drodze przy oczyszczalni. Z mgły się wyłonił. Był biały.
Roześmiałyśmy się krzycząc, że to koza. Bo cóż może być innego białego skoro jest wielkości kozy?
Białe cudo zwolniło, zerknęło na zielone coś na czterech kołach, a nie nogach i skręciło przed nami w boczną drogę.
Wtedy wiedziałyśmy już, że to nie koza. Sarna jakaś? Jelonek? A może nasza wyobraźnia?
Iza zdążyła cyknąć jedno zdjęcie. To dowód na to, że akcja działa się na jawie.

W drodze powrotnej Pan z oczyszczalni zadzwonił uprzejmie donosząc, iż zostawiłyśmy u nich jednego laptopa. Trzeba było gnać w tej mgle z powrotem. Czas naglił. Zakupy i obiad czekały. Ale nadzieja na spotkanie naszego albinosa była ogromna. Nie pojawił się niestety.
Dzień zaczynał wracać na zwykłe tory.

Kupiłam wszystko co trzeba. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Na wstępie okazało się, że nie mam jednej przyprawy. Trudno, będzie bez.
Na tym samym wstępie odkryłam, że nie mam cebuli! Jak w domu może nie być cebuli? Znalazłam jakąś marną ćwierć w lodówce. Ok, niech będzie tyle. Przecież nie będę lazła do sklepu po jedną przyprawę i cebulę!

 

Zaplanowałam, że danie zrobię z połowy porcji.
Tylko, że puszka mleka kokosowego i pomidorów ma 400 ml, czyli cała porcja. Co zrobić z połową tych puszek skoro następne dwa dni spędzę poza domem? No nic, trzeba wrzucić całość i nic nie dzielić na pół.
Tyle, że łososia było 280 g, a nie 500. Trudno. Będzie rzadkie.

Z ogromną przyjemnością spełniam punkt po punkcie spisanego od Agi przepisu.
Łosoś dusi się już w przyprawach i pomidorach. Pięknie pachnie. Natka pietruszki pokrojona.
Czas na ostatni moment - dodać mleko kokosowe.
Biorę puszkę i co? Nie ma na niej dzyndzla do otwierania!!!! A ja przecież nie mam otwieracza do puszek! (dlaczego kupiłam kolejną puszkę pomidorów robiąc zakupy? Bo ta, która była w domu miała dzyndzel, ale go odłamałam....).

Urok mieszkania w centrum jest taki, że do sklepu mam bardzo blisko. Tylko, że ten sklep jest w galerii handlowej. Pokornie więc zdjęłam dres, ubrałam się stosownie i poszłam do delikatesów po otwieracz. Yyyyy bez sensu. Po co mi otwieracz? Kupiłam puszkę mleka z dzyndzlem.

Danie szczęśliwie ukończyłam.


Skład: 500g filetu z łososia bez skóry (u mnie 280g ze skórą, którą ściąga się tak jak tu wspomniałam), puszka pomidorów (400g), puszka mleka kokosowego (200ml - u mnie 400), 1 duża cebula (u mnie ćwiartka), 1 średnia papryczka pepperoni, 1 łyżeczka kuminu (nie miałam), 1 łyżeczka kolendry mielonej (u mnie kulki), 1/2 łyżeczki gorczycy, 1/2 łyżeczka kurkumy, 2 łyżki oliwy, sól, pieprz, 1 łyżka pasty tamaryndowej (zgodnie ze wskazówką Agi, zamiast niej: 2 suszone morele, 2 suszone daktyle, 2 suszone śliwki - zalać wrzątkiem na 15 minut, odcedzić, zmielić blenderem z łyżką soku z cytryny - u mnie limonka), natka pietruszki do posypania;
  • na rozgrzaną oliwę wrzucamy cebulę pokrojoną w kostkę,
  • gdy cebula zmięknie wrzucamy przyprawy i posiekaną papryczkę - smażymy minutę,
  • dodajemy pomidory wraz z sokiem z puszki - gotować 2-3 minuty,
  • dodajemy łyżkę naszej owocowej pasty - gotujemy 10 minut,
  • wrzucamy łososia pokrojonego w kostkę,
  • doprawiamy solą i pieprzem - gotujemy 10-15 minut,
  • wlewamy mleczko kokosowe - gotujemy 4 minuty,
  • podajemy z natką pietruszki.
Mimo moich wymuszonych modyfikacji danie było doskonałe. Absolutnie nie zrażajcie się obszernym składem - to tylko tak obszernie wygląda! Ja już zastanawiam się kiedy znów zrobić taki obiad. Kulki gorczycy i kolendry fajnie się rozgryza - kojarzy mi się to z przepisem na łososia z marynowanym pieprzem. Też pyszne danie :).

Wieczorem dostałam smsa od KA z informacją kim był ów albinos. Kto zgadnie? Poniżej jeden jedyny dowód na spotkanie z nim... :).

czwartek, 22 listopada 2012

Ciasto czekoladowo - czekoladowe

Po serii przepisów słonych i ostrych wypadałoby coś na słodko. Słodkolubni się ucieszą. Przepis jest od Kasi, która jest bardzo słodkolubna i pewnie się zawiedzie, że dla niej tu nic nowego nadal nie będzie ;)
Mam jednak nadzieję, że to coś nowego dla Was :).
A ciasto jest przepyszne. Najlepsze jeśli dość wilgotne w środku. 
I tu kilka moich uwag odnośnie piekarników, których nie potrafię rozgryźć.
Mam piekarnik elektryczny kilkumiesięczny. Ciasto piekłam we wskazanej temperaturze około 35 minut i było doskonałe w środku, czyli naprawdę mokro-czekoladowe.
Piekarnik Za Rzeką jest tej samej firmy, niemalże identyczny, około dwuletni. Ciasto piekłam około 20 minut i to już nie było to. Było odrobinę wilgotne, ale nie czekoladowo - wilgotne, a ciastowo...
Nie rozumiem tego. Teoretycznie to nowszy piekarnik powinien być mocniejszy. Nie jest tak.
I zauważyłam, że wszystkie ciasta w moim wychodzą inaczej.
Najłatwiejsze ciasto w świecie nie przyrumienia się zbytnio i na wierzchu robi się chrupiące, tworzy się beza. Było to ogromne zaskoczenie dla mnie - ciasto to robię od lat, a Ajwonka od jeszcze większej ilości lat, a tu proszę. Niespodzianka. Nie powiem - miła :).



Może macie jakieś sugestie albo ciekawe doświadczenia piekarnikowe? :)
I nie wiem co mam poradzić Wam, by ciasto było takie jak wychodzi u mnie :/
Z uwagi na mą niewiedzę mocno trzymam kciuki za pomyślne Wasze wypieki czekoladowe! :)

Skład: 2 tabliczki czekolady (ja użyłam deserowej), 5 jajek, 1/2 szklanki cukru, 1/2 szklanki mąki, 150 g masła, łyżeczka proszku do pieczenia
  • czekoladę i masło wrzucamy do garnka i roztapiamy na małym gazie,
  • żółtka ucieramy z cukrem (u siebie po prostu zmiksowałam je - minuta i po sprawie; Za Rzeką Ajwonka porządnie utarła w makutrze!),
  • do żółtek dodajemy mąkę, proszek do pieczenia i roztopioną czekoladę - całość mieszamy,
  • białka ubijamy i dodajemy do masy - mieszamy,
  • przelewamy do foremki (średnica 26cm) wyłożonej papierem do pieczenia,
  • pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez co najmniej 20 minut - kontrolujcie sytuację wykałaczką - jak będzie na środku czekoladowo-wilgotna - wyciągajcie!

kilkudziesięcioletnia filiżanka z serwisu mojej babci
czasem lubię rozpuszczalną ze śmietanką
w filiżance
duża odmiana po codziennej sypanej z małą ilością mleka w kubasie
nigdy z cukrem   

Macie swoją ulubioną?
Kawę. Filiżankę. Kubas.

sobota, 17 listopada 2012

Grzyby duszone w śmietanie z rozmarynem


Pamiętacie wpis o październiku? Pokazałam Wam wówczas piękne czerwone okazy grzybów. Według mnie wszystkie niejadalne. A tu proszę - Pan Informatyk ujrzał na mym pracowym pulpicie jednego takiego:


i rzekł, że to gąska jakaśtam i że jest ona jak najbardziej jadalna. I to więcej niż raz! Wierzyć mu czy nie wierzyć? Może coś on tam wie skoro sprawił, że z mojego monitora w końcu popłynęły dźwięki. Jakie - to już moja sprawka, ale ważne, że już mogłam cokolwiek sprawić ;)
Tylko co ma wspólnego jadalność / niejadalność owej gąski z dźwiękami? Ano właśnie nic! Panu Informatykowi, więc podziękujemy i skupimy się na czymś oczywistym i pewnym.
Na podgrzybkach, na kozakach (znalazłam wówczas sama sztuk dwie!!) i ... na maślakach. Bidulków prawie nikt nie zbiera, więc ja je przygarnęłam. I od razu więcej tego leśnego dobra miałam w wiaderku mym maleńkim.

Skład - dziś bez proporcji, wszystko zależy od tego ile znajdziecie grzybów: cebula, grzyby leśne, śmietana, makaron, świeży rozmaryn, świeżo mielony pieprz, sól morska, odrobina oleju;
  • grzyby oczyszczamy z tych różnych mchów, igieł, piachów, myjemy i kroimy w kotkę,
  • cebulę kroimy w kosteczkę i szklimy na rozgrzanym oleju,
  • dorzucamy grzyby,
  • jak woda zacznie odparowywać doprawiamy solą, pieprzem,
  • po odparowaniu dodajemy śmietanę i posiekany rozmaryn,
  • chwilę dusimy,
  • podajemy z ulubionym makaronem lub puree ziemniaczanym; 

Jeśli chodzi o grzyby to teraz jest okres na tzw. zielonki. Zapraszam Was na jeden z pierwszych moich postów
I zachęcam gorąco do skorzystania z przepisu, który tam znajdziecie. Ja zupę zielonkową - bo o niej mowa - jadłam w tym sezonie już kilka razy. Absolutnie nie znudziła mi się!

*****************************************

Wracając do poprzedniego wpisu. Wszyscy jak jeden mąż, byliście albo trochę albo bardzo na nie serwisowi wliczonemu do rachunku. Cieszy mnie niezmiernie fakt, iż nie jestem w tych poglądach osamotniona :). I dziękuję Wam za odzew! :)

Ajwonka jakoś dwa dni po moim poście podesłała mi ten link :)

Udanego weekendu Wam życzę! :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...