wtorek, 7 marca 2017

Wakacje w styczniu, czyli Teneryfa na własną rękę


Kochani moi czytelnicy!
Dziś znów będzie o naszych wyprawach.
I nie tylko.
Również o przełamywaniu barier,
zapraszam Was do przyjemnego czytania. :)



 Nasze miasteczko

Candelaria

W podróżach dużych i małych dostrzegam pewną zależność.
Im częściej się podróżuje tym bardziej człowieka nosi, tym większy głód tych podróży. :)
I tak z tym naszym głodem nosiliśmy się trochę i zastanawialiśmy gdzie by tu...
Ja nieśmiało myślałam o Kanarach, ale sądziłam, że Pan Wu. będzie wolał zwiedzić jakąś stolicę.
Podsuwałam mu artykuły o wyspach kanaryjskich, czytał z zaciekawieniem, ale cały czas każdy myślał swoje, a w zasadzie myśleliśmy to samo.
Pan Wu. po bardzo pracowitym roku również chciał na wyspę! Hura!
Ostatecznie postanowiliśmy jechać w styczniu, więc wybór wsyp w Europie nie jest ogromny w tym czasie. Tym bardziej utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nasz kolejny kierunek to wyspy hiszpańskie.
Przeanalizowaliśmy każdą z wysp kanaryjskich i wybraliśmy tę, która najbardziej odpowiadała nam przyrodniczo. ;)


 Okolice naszego miasteczka

jw.

Już w czasie pobytu na Krecie postanowiliśmy, że kolejny wyjazd za granicę zorganizujemy sami, bez biura podróży.
Zachęciło nas do tego niezależne zwiedzanie Krety. 
Może nawet nie tyle zachęciło, co ośmieliło.
Dotychczas w głowie były bezsensowne obawy, że "nie dam rady", "nie wiem jak się za to zabrać", "mój angielski to słabiutki, oj słabiutki", itp., itd....
Masa wymówek, które tylko nas ograniczają!
Kto wie, czy ja sama nie byłabym wierna tym wymówkom.
Na szczęście Pan Wu. zadecydował, że tym razem SAMI.
I chwała mu za to!
A dla mnie to kolejna lekcja - wymówkom mówimy stop!
Wyłaźmy ze swojej strefy komfortu, ze swojego kokonika bezpiecznego i cieplutkiego!
Wyłaźmy, bo warto jak cholera!
Ło matko, ile ja się o sobie dowiedziałam w czasie tego wyjazdu. :)
Że jestem odważna.
Że mój angielski w zupełności wystarczy by się dogadać, a nawet pogadać kilka godzin z Włochami.
Że mój angielski jest o niebo lepszy od angielskiego kelnerów w kanaryjskich knajpach (co? mój angielski może być lepszy??? niemożliwe ;)).
Że potrafiłam zachęcić Kanaryjczyka do odwiedzenia Polski.
Że nie straszne mi lotniskowe i inne formalności.
Że spokój to podstawa.
Że jestem świetnym pilotem (no dobra, o tym wiedziałam wcześniej).
I wiele różnych innych rzeczy mogłabym tu wymienić. :)
Tak więc jeszcze raz Was zachęcam:
jeśli nie robicie czegoś, bo macie obawy czy dacie radę
- po prostu zacznijcie to robić. :)
Satysfakcja gwarantowana.

 Santa Cruz de Tenerife

Puerto de la Cruz 



A dla tych, którzy chcą podróżować na własną rękę, ale nie wiedzą co i jak,
wszystko podaję jak na tacy. Proszę bardzo :)

Po pierwsze, dojazd.
W naszym przypadki, w grę wchodził tylko samolot. Najpierw zrobiliśmy rozeznanie jacy przewoźnicy latają z jakich lotnisk do celu naszej podróży. Bezpośrednio na stronach poszczególnych przewoźników sprawdzaliśmy ceny lotów, kwestię naszego dojazdu na lotnisko i pozostawienia tam auta na tydzień (dodatkowy koszt). Dla nas to istotne kwestie, bo lotniska w Zielonej Górze nie ma. :)
Padło na WizzAir i Katowice. Tak, niezbyt blisko, ale cena za bilet nas satysfakcjonowała.
Kiedy rezerwować bilet? Szczerze mówiąc nie wiem.
My rezerwowaliśmy niecały miesiąc przed wylotem i zapłaciliśmy znacznie mniej niż osoba wracająca tym samym samolotem do Katowic, która rezerwowała  2 miesiące przed wylotem. Zatem zasada im szybciej tym lepiej nie miała tu zastosowania. Podobnie z zasadą "na ostatnią chwilę". Ceny na nasz lot rosły im bliżej było wylotu. My sami zapłaciliśmy w sumie 200zł więcej, bo cena zmieniła się na naszych oczach w ciągu 20 minut.
Aby było taniej spakowaliśmy się tylko w duży bagaż podręczny. Duży bagaż rejestrowany to dodatkowe kilka stówek - moim zdaniem nie warto. Nie płaciliśmy też za ubezpieczenie lotniskowe. Odprawialiśmy się on-line co pozwoliło nam uniknąć kolejek na lotnisku, a także mogliśmy tam być na godzinę przed wylotem, a nie na dwie godziny przed.
Parking na lotnisku w Katowicach jest niedrogi - 8 dni to koszt około 30-40zł.



Po drugie, nocleg.
Oczywiście niezawodny okazał się booking.com.
Jesteśmy klientami dość wybrednymi, bo nie chcemy nocować w dużych hotelach, nie chcemy nocować w wielkich kurortach. Wybór był więc znacznie ograniczony, ale znaleźliśmy cudowny nocleg w miejscowości Arafo, która leży u podnóża gór we wschodniej części wyspy. Pensjonat miał tylko 3 apartamenty, do tego duże podwórko z basenem i miejscem do grillowania, choć to akurat nie było nam potrzebne. :)
Noclegów można szukać na innych portalach lub udać się do biura podróży i zapytać o same oferty noclegowe. Tak też zrobiliśmy, ale żadna oferta nie spełniała naszych oczekiwań, również finansowych. W cenie, która nam odpowiadała noclegi były głównie na północy (ryzyko zimna i deszczu, zwłaszcza zimą!) oraz w wielkich hotelach.



Najdalej na zachód - piękne miejsce... 


los Gigantes


Po trzecie, ubezpieczenie.
Darmowe ubezpieczenie na wyjazd do krajów UE można otrzymać OD RĘKI w placówce NFZ. Ubezpieczenie ważne jest pół roku.
Dodatkowo można wykupić ubezpieczenie w dowolnym biurze podróży. Pakiety są przeróżne, ceny też. My wzięliśmy pakiet najtańszy - koszt na dwie osoby około 40zł.

Góry Anaga - warto było się wspinać

Po czwarte, wynajem samochodu.
Samochód zarezerwowaliśmy przez internet. Lądowaliśmy w miejscu dość oddalonym od Arafo, więc ważne dla nas było to, aby samochód na nas czekał i aby móc go odstawić na lotnisku. Z kilku źródeł dowiedzieliśmy się, że za taki wynajem można zapłacić tylko kartą kredytową, a my takiej nie posiadamy. Napisaliśmy mejla do wypożyczalni o możliwość zapłaty kartą debetową. Odpowiedź była odmowna, zatem anulowaliśmy rezerwację postanawiając, ze idziemy na żywioł czyli ogarniamy temat auta już tam na miejscu. Co ciekawe, po naszym odwołaniu rezerwacji okazało się, że można kartą debetową płacić. ;)
Natomiast na lotnisku pan się nas zapytał czy chcemy zapłacić kartą... czy gotówką. ;) dodatkowo zapłaciliśmy mniej niż mieliśmy zapłacić. Wynajem auta kosztował nas 120 euro na 8 dni. W cenie wszystkie ubezpieczenia, co dla nas było bardzo istotne.
Auto można wynająć taniej - są to auta słabsze i / lub bez wszystkich ubezpieczeń.
I myślę, że cena mogłaby być niższa gdybyśmy rezerwacji dokonali z odpowiednim wyprzedzeniem.
Benzyna jest nieco tańsza niż w Polsce, bo kosztuje około 0,8 euro/l. W ciągu 8 dni zrobiliśmy 1000km i wydaliśmy na to 50 euro. 

jw. 

jw. (jak w norweskich lasach?)

I w zasadzie to są wszystkie sprawy organizacyjne. Proste, co? :)

Ewentualnie wspomnę jeszcze o przewodniku.
Nie kupiliśmy przewodnika tylko... zrobiliśmy go sami! :)
A raczej zrobił Pan Wu.
Informacje z różnych stron internetowych złożył w dwie książeczki, wydrukował, zbindował, dołożył wydrukowaną wielką mapę. I tyle. Pełna profeska. :)
Koszt zerowy, kilkadziesiąt złotych w kieszeni, a satysfakcja bezcenna.


A teraz jak na Marsie ;) czyli Park Narodowy Teide 



W dzisiejszym wpisie to by było na tyle, ale planuję jeszcze pisać tu o Teneryfie, o naszej przygodzie. Była niezapomniana, pełna wrażeń, pozytywnej energii, odwagi, radości... 
Moi stali czytelnicy wiedzą, że uwielbiamy podróżować po Polsce dlatego tej wyprawy nie porównuję do naszych krajowych. Porównam do zagranicznych. Nie byłam w wielu miejscach, ale na póki co, Teneryfa jest moim numerem 1! Tak zróżnicowana przyroda i klimat. Mnie wzrusza i zadziwia głównie natura, a tego tam miałam pod dostatkiem i codziennie piałam z zachwytu i skakałam z radości (dosłownie). Tym bardziej muszę spisać moje wspomnienia. A przy okazji mogą się przydać innym, mogą być wskazówką i / lub zachętą. :)
Zatem do zobaczenia się z Państwem, papa ;)))


I jeszcze najbardziej znany widok z Teneryfy. Piękna plaża, acz sztuczna - piach nawieziono z Sahary w latach 70. :)


Zdjęcia starałam się wrzucać w kolejności tematycznej. Więcej napiszę niebawem. :)

16 komentarzy:

  1. Widoki zapierają dech w piersiach;D
    Moim marzeniem jest Chorwacja, ale ...apetyt rośnie w miarę jedzenia, a tak opisałaś, że mam chęć odwiedzić i ten zakątek świata;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Misia, a to dopiero początek! ;)
      W Chorwacji nie byłam, ale kto był ten się zachwyca. A Tobie kto broni do worka marzeń dorzucić Teneryfę? ;)) niech się marzenia nam spełniają! :)

      Usuń
  2. Cudowna podróż!
    Mam w rodzinie młodą dziewczynę, która "na własną rękę" zwiedza świat. Japonia, Chiny, nic jej nie straszne. I okazuje się, że można!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak myślę, że w zasadzie to wszystko można... tylko trzeba odwagi :))
      :*

      Usuń
  3. Pieknie tam, choc to "tylko" wulkaniczna pustynia, ale widoki rzeczywiscie zapieraja dech. Ja chyba nie odwazylabym sie pojechac tak na zywiol, bez zorganizowanej grupy i opiekuna z ramienia. ;) Ale ja juz stara jestem i brak mi tej zylki ryzyka, bylam inaczej wychowana i tak mi zostalo. Teraz mlodzi maja inaczej, sa odwazniejsi i to procentuje. :)
    Czekam na ciag dalszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobrze to ujęłaś - "tylko" wulkaniczna wyspa. ;) Co krok to inne widoki i wbrew pozorom mnóstwo zieleni. Widoki jak z Marsa są z wysokości około 2500 m.n.p.m. ;)
      Wiesz co Aniu, w dzisiejszych czasach to nawet nie wiem czy taki samodzielny wyjazd można nazwać ryzykiem. Dla mnie główną blokadą był strach, że się nie dogadam, no i że nie wiem jak to wszystko zorganizować. Nie wiedziałam, bo do pewnego momentu nawet się nie dowiadywałam!
      No ale wracając do grup zorganizowanych, wszystko ma swoje plusy i minusy. W pojedynkę to wolność, ale też dbanie o posiłki, choć dla mnie to jest plus - jem wówczas głównie lokalnie. Jednak wiele osób nie chce się martwić o takie przyziemne sprawy jak jedzenie, jak dojazd, jak organizowanie sobie czasu. Dla każdego jest wybór. I to jest fajne :)
      C.d. będzie, oczywiście :) już bardziej konkretny.

      Usuń
  4. W naszej rodzinie niekorzystannie z biura podrozy to standard. Kiedys autem - Chorwacja, Wegry, Bulgaria. A odkad pojawily sie tanie linie lotnicze, podrozujemy w ten sposob i my, i nasze dzieci. Tylko ja preferuje wlasnie Hszpanie, Grecje, czyli tak troche blizej i po europejsku. A nasze dzieci odwaznie lataja dalej - Japonia, Kuba. Nie da sie ukryc, ze w ten sposob jest duzo taniej i majac auto, da sie zobaczyc, zwiedzic duzo wiecej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękną macie już rodzinną tradycję. :) I mnóstwo wspaniałych doświadczeń, przygód.
      Zobaczyć dużo więcej - to jest niebywała zaleta!

      Usuń
  5. cieszę się razem z Tobą.
    Wiem jak to smakuje, przełamywanie swoich "wątpliwości", dlatego wiem jak się czujesz :-)
    Widoki piękne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)))
      A najfajniejsze jest, że jak człowiek zaskoczy, że warto się przełamać to chce więcej i małymi kroczkami wiele zmienia... :)
      Tam było naprawdę cudownie. Kolejne wyjazdy będą w Polskę - najpierw morze, później planujemy woj. świętokrzyskie, no i Warmię ;)

      Usuń
  6. Alu, masz rację! My, od czasów Japonii nie wyobrażamy sobie innej formy. Wszędzie można sobie poradzić. Wszystko smakuje inaczej gdy jest się otoczonym miejscowymi ludźmi.
    Ten post jest tak piękny, i zdjecia, i to co przekazujesz, i Wy! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, wszystko smakuje inaczej. Wiesz, w tym naszym miasteczku pierwszego dnia poszliśmy na długą przechadzkę i jedni mieszkańcy się kłaniali, inni machali z balkonu życząc miłego dnia, a jeszcze inni pytali czy wskazać dokądś drogę. Wiesz, ktoś by powiedział, ze ci ludzie mieli w tym może jakiś interes. Ja tak nie myślę, mi było po prostu bardzo miło i się uśmiechałam szeroko.
      Dziękuję Ci Gosieńko za tak cudne słowa! :* buziaki!

      Usuń
  7. Też wolę wyjazdy na własną rękę organizowane:-) I jak sięgam pamięcią one są najlepsze:-) I to prawda, że można się uzależnić od takiego wypoczynku. Cudnie mieliście:-)

    OdpowiedzUsuń
  8. Biorąc pod uwagę dostęp do informacji, jaki mamy w dzisiejszym świecie,
    zorganizowanie takiej wyprawy wcale nie jest takie trudne.
    Najtrudniejsze, tak jak piszesz, to przełamać swoje obawy i wyjść ze strefy komfortu.
    Angielski jest bardzo przydatny, ale warto też poznać choć podstawy lokalnego języka.
    Miałam wiele takich sytuacji, kiedy po angielsku nie dało się dogadać.
    Na Teneryfie, w ulubionym tapas barze, właściciel mówił do nas tylko po hiszpańsku, nie przyjmując do wiadomości, że nie wszystko rozumiemy. ;) Ostatnio na Sycylii też przydały się podstawy (bardzo podstawowe podstawy ;)) włoskiego. Zawsze można też dogadać się na migi. ;)
    Super, że się odważyliście i że wyprawa się udała. :)
    Czekam na ciąg dalszy.
    Uściski!

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za to, że tu jesteś i piszesz :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...