Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytadła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytadła. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 listopada 2014

Żyj wystarczająco dobrze



Kilka dni temu...
D. miał 35 lat. Dwie małe córeczki, żonę, dopiero co wzięli (wyczekany) ślub.
Odszedł nagle. We śnie. Z dala od rodziny. Zapracowany.
S. była w wieku D. Odeszła po ciężkiej chorobie. Zostawiając maleńkie dzieci i męża.
O. miała 24 lata. Pamiętam ją jako małą dziewczynkę. Chorą od urodzenia na serce. Nie doczekała przeszczepu.
Oni wszyscy Zza Mojej Rzeki. Od kilku dni ich nie ma.
Życie jest tak kruche i krótkie.
Czy warto je tracić na kłótnie, żale, narzekania, obgadywania, pośpiech?
Pewnie, że nie jest łatwo się tego wszystkiego (i wielu innych negatywnych cech) wyzbyć.
Ale wystarczy chcieć.
Wystarczy popracować nad sobą.
I przede wszystkim! Zacząć od siebie.
Od zmiany siebie i swojego podejścia.
Da się to zrobić. Naprawdę DA SIĘ.
Wystarczy chcieć.



Ostatnio podczytuję ciekawą książkę.
"Żyj wystarczająco dobrze" wyd. Agora.
Sam tytuł jest świetny i już mówiący wiele.
Żyj nie ponad swoje możliwości, nie ponad 100%, czy nawet na 100% swoich możliwości!
Żyj wystarczająco. Dobrze, szczęśliwie, spokojnie, radośnie, pracowicie...
Ze wszystkiego tyle, by wystarczyło.
Nie więcej, nie szybciej, nie mocniej.

W każdej chwili staraj się znaleźć jakiś pozytyw. Nawet ten najdrobniejszy. I to na nim się skup. Ciesz się z drobnostek. One tak często umykają.




Książka to zbiór bardzo interesującyh wywiadów.
Ze specjalistami, którzy wypowiadają się w ludzki sposób. :)
Jeśli ktoś z Was od lat regularnie czyta WO, to wszystkie te wywiady juz przeczytał. :)
Niemniej jednak, może warto odświeżyć czasem pamięć? :)




Dla ukojenia codziennych gorszych momentów, moja Helcia. Czyż to nie cudo? Czyż nie wystarczy na nią spojrzeć, by się (nawet w złości czy smutku) uśmiechnąć? :) Helcia to cud malowany! ;))) Ślicznotka moja puchata. Codziennie się nią zachwycam, a On się uśmiecha pod nosem. ;) Czy to nie jest fajny moment każdego dnia? :)


A na deser filmik. Codzienna zabawa Helki. Tu niestety skupiła się na operatorze kamery. Jak na modelkę przystało. :P




Post w podobnym tonie był tutaj. On zawsze będzie aktualny.

wtorek, 28 stycznia 2014

Kochanka Freuda - brzmi ciekawie?

Gdyby nie fakt, że książkę dostałam, pewnie bym po nią nie sięgnęła.
Tytuł i okładka wskazują na romans.
Wskazują dobrze, ale...
Róże i fiolety, za którymi nie przepadam, nawet nie przyciągnęłyby mojego wzroku.
Czyż te kolory nie kojarzą się z tanimi romansidłami?
A tych nie lubię.
Dopóki czytałam pierwszą połowę książki byłam przekonana, że okładka do niej nie pasuje...

"Kochanka Freuda" to opowieść o życiu słynnego psychiatry.
O jego pracy, o badaniach, o namiętnościach, o pożądaniu.
O jego rodzinie.
O żonie Marcie, którą jej siostra wspomina jako piękną, pełną energii kobietę. Po tym jednak nie ma śladu.
Marta, nie dość, że nie dba o swoje zdrowie, swój wygląd, to jest niezwykle znudzona wszyskim co wokół niej się dzieje. Nawet szóstką swych dzieci, jednak najbardziej mężem, do którego nie ma cierpliwości. Wobec którego jest złośliwa i uszczypliwa.
Niechlujne ubranie i uczesanie niesamowicie kontrastują z zawsze zadbanym Freudem.
Małżeństwo jeśli w ogóle ze sobą rozmawia to tylko warcząc na siebie nawzajem.


W całym tym ułożonym lecz nudnawym życiu rodziny Freudów pojawia się siostra Marty, Minna. Trafia do nich gdy traci kolejną posadę, gdy nie ma grosza przy duszy i nie wie co ze sobą począć.
Szybko okazuje się, że Minna w domu Freudów jest niezastąpiona. Opiekuje się niesfornymi dziećmi, wiecznie schorowaną siostrą, a co najważniejsze, staje się doskonałym towarzyszem rozmów pana domu.
Młoda kobieta jest oczytana, inteligentna i ma swoje zdanie na każdy temat.
Oczywiście, bardzo szybko intelektualne dysputy między tym dwojgiem przeradzają się w coś więcej.
Potajemne spotkania. Seks. Pożądanie. Ucieczka Minny do matki (której nie znosi) przed całym tym ZŁEM. Tęsknota. Rwanie włosów z głowy, bo "jak ja mogłam...".
I znów. Potajemne spotkania. Seks. Powrót do Wiednia.

I od tego "czegoś więcej" między nimi wszystko zaczyna się psuć w moim odbiorze.
Nagle stwierdzam, że ta różowa okładka idealnie pasuje do klimatu książki, w której nic nie zaskakuje, w której za dużo patetycznych, ckliwych określeń. Ach, och. "Nie mogę już więcej się z nim spotkać, ale muszę", "jak ja mogę to robić mojej kochanej siostrze".
A Zygmunt zakochany i "żona go nie rozumie".
Czytając tę książkę nasunęło mi się pytanie. Skoro był takim świetnym psychiatrą, bądź co bądź twórcą psychoanalizy, dlaczego nie zgłębił tajników swojego małżeństwa? Nie bo nie?

Oczekiwałam czegoś więcej. Czegoś hmm... porządniejszego? Mniej oczywistego?
Doskonale ten temat podsumowała Skarletka: Autorzy zmarnowali historię z potencjałem.
To naprawdę mogła być świetna pozycja na mojej książkowej półce. Mogła.

Karen Mack, Jennifer Kaufman
Kochanka Freuda
Znak Literanova, 2014

środa, 13 listopada 2013

Zdrowiej! "Zamień chemię na jedzenie"

Julita Bator przez lata miała problem brzuchem. Przez lata miała problem z dziećmi, a raczej ich permanentnymi chorobami.
Jeden antybiotyk zastępował kolejny. Kolejny zastępował syrop na kaszel. Zapalenia oskrzeli, gardła, alergie i inne wysypki.
Dzieci zdrowiały, chorowali rodzice. I tak w kółko. Przez kilka lat.
Najstarsza córka pani Julity pierwszy antybiotyk (a raczej dwa naraz) dostała w czwartej dobie życia, kolejny w trzecim miesiącu. Do siódmego roku życia dostała około 20 antybiotyków i sterydów wziewnych.
Młodsza córka przebyła podobną drogę. Najmłodszy syn dostał tylko jeden antybiotyk.
W końcu przyszedł moment, w którym Julita Bator zaczęła szukać przyczyny ciągłych chorób pojawiających się w jej rodzinie.
Po przestudiowaniu wielu książek, stron internetowych, a przede wszystkim po dogłębnej analizie składu różnych produktów spożywczych i leków (!) znalazła przyczynę. Gdzie? Oczywiście w chemicznym składzie rzeczy, które jedli, które przyjmowali jako lekarstwo.

Czy to odkrywcza teza? Nie bardzo.

Od jakiegoś czasu docierają do nas informacje o tym, co złe, co niedobre. O żywności bio, eko.
Tylko jest jeden problem. Czy te informacje rzeczywiście do nas trafiają? Czy próbujemy coś zmienić?
Część osób na pewno tak, ale to (chyba) ciągle garstka.
Ciągle panuje przekonanie, że zdrowsze jedzenie wymaga od nas nakładu ciężkiej pracy. Że zdrowsze jedzenie jest dla osób zamożnych. Nieprawda!
Między innymi tę nieprawdę ;) Julita Bator próbuje przekazać w swojej książce "Zamień chemię na jedzenie", wskazując wprost, jakie produkty możemy spokojnie kupić w supermarkecie.

Po 4 latach od zmiany nawyków żywieniowych w pięcioosobowej rodzinie Państwa Batorów pojawił się jeden antybiotyk. Nie pojawiły się żadne alergie, a wieloletnie problemy jelitowe pani domu zniknęły.

Przekonuje Was to? Mnie tak.
 
znak.com.pl

Książka podzielona jest na rozdziały tematyczne - od zasad ogólnych po szczegółowe dotyczące np. mięsa, warzyw, owoców, napojów.
Autorka w sposób jasny i klarowny wyjaśnia, co w danym produkcie jest szkodliwe i dlaczego. Wskazuje, jak tego uniknąć, jak odszukać zdrowszy produkt.
Produkty, które kupujemy na co dzień, rozłożone są na czynniki pierwsze. Każdy ze składników oznaczony jest odpowiednim znacznikiem (unikać, zachować ostrożność, nie jeść za często, dodatek bezpieczny). Znaczniki są dla mnie nie do końca logiczne, ale to moje subiektywne odczucie (znak "-" oznacza dodatek najgorszy, a "!" już taki zły nie jest; wg mnie powinno być odwrotnie).
Każdy z rozdziałów kończy się ciekawymi przepisami kulinarnymi oraz zwięzłym podsumowaniem zawierającym najważniejsze informacje.

Sporo miejsca autorka poświęca żywieniu dzieci. Ostro krytykuje wszystkie gotowce (mleka, kaszki, deserki, jogurciki, napoje itp.), a jeszcze ostrzej słodycze i przeróżne przekąski.
Chcesz dać dziecku kaszkę? Ugotuj kaszę mannę.
Chcesz dać coś słodkiego? Poczęstuj owocami, upiecz ciasto
Nie jest to czcze gadanie. Wszystko ma swoje uzasadnienie.
Podpowiada też, jak przemycać warzywa czy kasze. Jak negocjować z najmłodszymi członkami rodziny.

Spora część informacji zawartych w książce dla mnie samej odkrywcza nie była.
Nigdy nie byłam fanką wszelkich kolorowych napojów. Od lat piję wodę, herbatę i kawę (tylko sypaną!).
Nigdy nie byłam fanką jogurtów smakowych i innych deserków. Od lat nie jem tych słodkich chemicznych papek.
Nigdy nie byłam fanką słodyczy. Zauważyłam jakiś czas temu, że jak zjem kilka czekoladowych cukierków, boli mnie brzuch. Wzdyma się. Nie ma więc sensu tego ruszać.
Nie używam w ogóle przypraw typu vegeta, kucharek (jak to dobrze, że Ajwonka nigdy tego nie używała!) i innych kostek rosołowych.
Nie kupuję wędlin. Większość z nich to istna tablica Mendelejewa. Czasem kupię dobrą podsuszaną kiełbasę. A lepiej kupić kawałek mięsa i upiec. Zdrowiej i taniej.
Od jakiegoś czasu nie kupuję pieczywa. Naprawdę nietrudno zrobić samemu chleb na zakwasie. Trwa to chwilę, a w chlebie kupnym bardzo często są przeróżne naprawdę zbędne dodatki, ulepszacze, spulchniacze...

Tak, te informacje odkrywcze nie były, ale sporo innych już tak. Na przykład nigdy nie zwracałam uwagi na skład nabiału. Teraz już wiem, by nie kupować produktów zawierających mleko w proszku.
Tylko raz poświęciłam dłuższą chwilę na analizę składu jogurtów naturalnych i już wiem, po który sięgnąć. Zmiany można wprowadzać powoli, sukcesywnie. Nie odczujemy wówczas, że zabiera nam to wiele czasu.
W książce podoba mi się np. zestawienie dodatków "E" (nie, nie jest ono przerażająco długie), których lepiej unikać.
Podoba mi się to, że wiele rzeczy można zrobić samemu, że wiele zdrowszych produktów nie jest absolutnie z górnej półki.
Podobają mi się argumenty Autorki, że można wydać więcej pieniędzy na zdrowsze produkty, oszczędzając na lekach, na słodyczach kupnych itp.
Wszystkie ważne i niezwykle rozsądne informacje są w pigułce.
Czyż to nie proste? Wystarczą chęci. :)

Bardzo wszystkich zachęcam do zdrowych zmian. Do sięgnięcia po tę książkę.
Ja planuję co jakiś czas zamieszczać tu zdrowsze propozycje jedzeniowe (oznaczone tagiem "zdrowiej"). Jesteście za? :)
W piątek zapraszam Was na konkurs związany oczywiście z dzisiejszym tematem.
A dziś proszę o Wasze opowieści, doświadczenia, obserwacje...

P.S. W swoim życiu (w dzieciństwie) brałam 2 razy antybiotyk. Później już tylko raz, przepisany przez panią dermatolog. Nie pomógł.

czwartek, 29 sierpnia 2013

"Marzenia i tajemnice" "Dobrego dziecka"

Myślę, że napisanie w jednym poście o tych dwóch książkach jest całkiem trafne.
Dwa spojrzenia w odległą przeszłość.
Dwa różne podejścia do życia.
Dwie dojrzałe kobiety.
Jedna urodzona chwilę po wojnie, druga przed.
Czy wojna miała wpływ na ogromną emocjonalność jednej z nich?
Dlaczego tej drugiej jej zabrakło? 

Roma Ligocka "Dobre dziecko"
Po spisaniu wspomnień ("Dziewczynka w czerwonym płaszczyku") z dziecięcego okresu, który przypadł na czas wojny, Roma Ligocka znów wraca do tego co było.
Tym razem sięga do okresu wczesnej młodości. Do trudnego okresu dojrzewania. Do szeregu emocji jakie towarzyszyły temu czasowi. Emocji głównie negatywnych. Mam wrażenie, że młoda Roma była nieustannie spięta, smutna. Często przerażona.
Tylko jak nie być, kiedy po stracie większości bliskich w czasie wojny, paraliżuje ją strach o własną matkę. Strach wcale nie irracjonalny. 
A matka to jedyna bliska jej osoba. Z powodu trudnej miłości, która dla Romy była ogromnym szokiem, matka zwykle jest nieobecna duchem. Myślami gdzieś daleko, pogrążona w smutku, bezsilności i zniechęceniu. Z wieloma wybuchami złości, brakiem cierpliwości.
Po każdej kłótni, Roma katowała się psychicznie, powtarzając jedno marzenie "chcę tylko być dobrym dzieckiem".
Katowała się fizycznie, nie jedząc posiłków.
By sprawić matce przyjemność, by być coraz bliżej tego upragnionego marzenia, Roma godzi się na wakacyjny wyjazd bez mamy. Wyjazd, który okazuje się kolejnym koszmarnym wspomnieniem.
Ciężko mi sobie wyobrazić jaki ogromny wpływ na całe dorosłe życie miało dzieciństwo i młodość Romy.


W książce nie brakuje też dobrych wspomnień. Jednym z nich jest pamiętnik babci Anny, który Roma dostaje od matki. 
Wspaniale czyta się zapiski kobiety, która borykając się codziennymi zwykłymi rozterkami, marzyła o dobrej przyszłości dla swoich dzieci (w tym, matki Romy). Nie wiedziała jednak co przyniesie rok 1939.
Pamiętnik Anny czytało mi się znacznie lepiej niż główną część książki. Jednak całość czyta się jednym tchem.

Danuta Wałęsa "Marzenia i tajemnice"
Autobiografia Pierwszej Damy, którą chyba być nie chciała. Może więc autobiografia Matki Polki? Normalnej, zwykłej, acz niezwykle odważnej kobiety?
Autobiografia na pewno, choć nie tylko. 
W końcu też biografia Pana Prezydenta, całej rodziny Wałęsów.
Opowieść o tym "jak wtedy było". Co działo się za zamkniętymi (czy rzeczywiście kiedykolwiek były zamknięte?) drzwiami tej rodziny? Jak od podszewki funkcjonowała Solidarność? Kto co powiedział, pomyślał, zrobił?
Niewątpliwie uzyskamy odpowiedzi na te wszystkie pytania.
Pani Danuta oprowadza nas po swoim życiu z chronologiczną precyzją. Od momentu swoich narodzin, przez wczesną młodość, po współczesne marzenia.
Przez młodość zdominowaną ogromnym pragnieniem ucieczki z niewielkiej wsi na Mazowszu. Do dużego miasta. Do lepszego życia?
Marzenie spełnia się, gdy młoda Danuta wyjeżdża do ciotki mieszkającej w Gdańsku. Tam zaczyna pracę. Tam poznaje swojego przyszłego męża. Szybko zachodzi w pierwszą ciąże, od momentu której, jej miejscem pracy na wiele następnych lat będzie dom.
To rodzinie poświęciła swe życie, by na samym końcu książki stwierdzić, że jedyne czego w życiu żałuje to to, że tylko jedno małżeństwo jej dzieci nie zakończyło się rozwodem.
Czy wpływ na to miało wychowanie? Brak ojca? Niejednokrotnie wspomina, że męża wiecznie nie było w domu, a jeśli był to tylko ciałem. A jeśli był to nie sam, lecz z całym batalionem działaczy.


Najbardziej w tej książce uderzył mnie brak jakichkolwiek emocji. Suche przekazanie faktów. W pewnym momencie zaczyna to bardzo męczyć, chwilami książkę czytałam ze złością. 
Mam wrażenie, że jakiekolwiek emocje budził w Pani Danucie jedynie Jan Paweł II. No może jeszcze odbiór Nagrody Nobla.
Inne momenty po prostu były, wydarzyły się. Tak miało być. Reagować na coś z radością to chyba czyste szaleństwo!
Nie wątpię, że wpływ na jej zachowanie miał każdy dzień jej niełatwego życia. Życia pełnego wyzwań, trosk, nerwów. Myślę też, że pełnego samotności i świadomości, że może liczyć głównie na siebie.
Mimo to, jeśli by mogła jeszcze raz przeżyłaby życie w  ten sam sposób.

Książka nie należy do tych, które czyta się jednym tchem. Przeczytać jednak warto. Choćby dla samych faktów historycznych. Niejednokrotnie Pani Danuta przywołuje jakieś opisy danego wydarzenia opowiedziane przez kogoś: "Nie pamiętam żeby takie coś miało miejsce! Było tak i tak...". I w tym miejscu pojawia się jej wspomnienie. Jej historia. Czy prawdziwa? Myślę, że tak.


************************


Kto dotrwał do końca temu gratuluję :). Dużo tekstu, wiem, ale nie mogłam nie podzielić się swoimi odczuciami. Tym bardziej, że obiecałam je GosiAnce ;)).
Książki czytałam już dawno. Nie napisałam o nich od razu i to był błąd. Moje odczucia byłyby wierniejsze, pewnie nie pominęłabym tego o czym zdążyłam zapomnieć.

Czytaliście? Jakie wrażenia?

środa, 13 marca 2013

"Piknik pod wiszącą skałą", czyli od czego zależy to, że książka nam się podoba?

Czytając tę książkę wiedziałam, że o niej nie napiszę.
A jednak.
Amber niedawno wspomniała jak przeczytała "Piknik po wiszącą skałą" niemalże jednym tchem.
Zachęcona, poszperałam w necie o czym książka jest.
Zdecydowanie zachęciła mnie tajemnica. 
I czas, w którym historia jest osadzona.
Bardzo lubię powieści z początku XX wieku albo przełomu XIX i XX.
Wiedząc, że jeden z najbliższym dni spędzę w większości w taborze, przejrzałam allegro i naprędce książkę zamówiłam. 
Jako (wydawało mi się) nową.
Otrzymałam z obdartym grzbietem, wydaną ponad 20 lat temu....
Mój błąd.

Zaczynając książkę, niechcący przyuważyłam pewne zdanie na ostatniej stronie.
Zdanie, które nie musiało na nic wskazywać.
Zdanie, które mogło odnosić się do wszystkiego.
I do niczego.

 empik.com

"Piknik..." ów, to opowieść o nastoletnich dziewczętach, które rok szkolny spędzają na renomowanej australijskiej pensji. Jedną z letnich sobót większość panien i dwie nauczycielki spędzają na pikniku.
Cztery dziewczęta udają się na długi spacer po skałach.
Wraca tylko jedna.
Znika też nauczycielka matematyki.
Nie ma dziewcząt. Nie ma ciał. Nie ma też podejrzanych o cokolwiek.
Dochodzenie jest. Niemrawe jakieś takie.
Wątki poboczne są, owszem. Niektóre zbyt ogólne. Niektóre słabo związane ze sprawą.

Książkę czytałam bez wypieków na twarzy.
Nie mogę powiedzieć, że z niechęcią!
Tylko o czym świadczy fakt, że wysiadając w czwartek z pociągu do końca zostało mi 20 stron, a ja po książkę sięgnęłam w sobotę wieczorem?
20 stron! Wydawać, by się mogło, że to punkt kulminacyjny!
Koniec mnie zawiódł.

 janellemccullochlibraryofdesign.blogspot.com - kadr z filmu o tym samym tytule

Czy lubiane przeze mnie kryminały rozpieściły mnie zaskakującymi zwrotami akcji?
Czy inne powieści z tego okresu rozpieściły mnie opisami wnętrz, strojów, obyczajów i potraw?
Czy książkę czytałam w złych pociągowych warunkach? Choć to właśnie lubię w jeździe pociągiem. Nadrabianie czytelniczych zaległości.
Może tę książkę powinnam czytać jak Amber po nocy? Najlepiej sama w domu?
Czy może TO zdanie przeważyło? Bo niestety okazało się, że znaczyło właśnie to o czym myślałam!

I tylko niesmak obdartych grzbietów pozostał....

Dlaczego książka, która swoim opisem tak bardzo mnie zachęciła okazała się niemalże klapą?
Jakie Wy macie doświadczenia w tych tematach?
Czemu niektóre książki Was zawiodły? A właściwie te, które zawieść nie miały.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Cukiernia pod amorem, a ambitne książki

Ma chyba tylu zwolenników co przeciwników.
Dla jednych zbyt wielu bohaterów.
Dla innych ZERO ambicji.
Jak tych pierwszych rozumiem, gdyż rzeczywiście, bohaterów jest wielu. Z każdym tomem więcej. Da się to jednak ogarnąć :). Pomocna jest obszerna legenda z tyłu każdej części serii, jak i przedstawione tam drzewo genealogiczne.

Problem mam za to z tymi drugimi.
Otóż, niech ktoś napisze, że czyta tylko literaturę ambitną.
Poza tym co znaczy ambitna? Kto mi powie?

 

Dla mnie dobra książka to taka, do której po prostu tęsknię.

Nie zaś taka, która mimo ciekawej fabuły drażni mnie użytymi słowami, sformułowaniami, zbyt krótkimi, a może zbyt długimi zdaniami? Ciężko stwierdzić. Wiele przewinęło się przez moje ręce książek takich właśnie. Czymś mnie drażniły, ale doczytywałam do końca, bo jednak jakaś ciekawość była.
Tych, do których tęskniłam chyba było mniej.
A jeśli była wśród nich trylogia Larssona? To źle, bo to absolutnie nieambitny thriller?
A jeśli były wśród nich książki Krajewskiego o ukochanym Wrocławiu? To źle, bo to tylko kolejna seria kryminałów?
No i to źle, że do tej gromadki dołączyła Cukiernia? W końcu to tylko (?) rodzinna saga.
A może moje ambicje podniesie biografia Lema spisana przez jego syna? Choć może nie do końca, bo książka była często prześmieszna. A jak ambicje mogą być śmieszne? :)



Cukiernia pod amorem Magorzaty Gutowskiej - Adamczyk. Cukiernia dzięki, której w ogóle powstał ów wywód jest trzytomową rodzinną opowieścią.
Tom pierwszy Zajezierscy rozpoczyna się w latach 90 - tych XX wieku, kiedy to w niewielkim mieście w okolicach Płocka archeolodzy wykopują mumię z tajemniczym pierścieniem. Ojciec bohaterki lat współczesnych Igi Hryć podejrzewa, że pierścień to rodzinna pamiątka, która zaginęła w czasie II wojny światowej.
Brzmi banalnie. I tak naprawdę pierścień mnie interesuje średnio. Tak jak i opowieści współczesne. Cieszę się, że są to naprawdę króciutkie rozdziały. Wolę zatopić się w opowieściach z XIX wieku. W perypetiach babskich, w perypetiach damsko - męskich, w perypetiach rodzinnych.
Tom drugi Cieślakowie to przełom XIX i XX wieku. To okres I wojny światowej. To oczywiście dalej w niewielkim stopniu dociekania Igi.
Tom trzeci Hryciowie to przede wszystkim II wojna światowa, która w mniej lub bardziej przewidywalny sposób wpływa na dalsze losy przodków Igi.
A i współczesność dla mnie staje się wciągająca, za sprawą .... powrotu bohatera z końcówki II tomu....
Jeśli, tak jak ja, poczujecie się zawiedzeni końcem serii, koniecznie przeczytajcie króciutkie streszczenie Podróży do miasta świateł. Nie bez powodu pojawia się na samym końcu :).


Czytajcie! Czytajcie to co sprawia Wam przyjemność! Bo czyż nie jest ogromnie ważne to, jaką radość daje nam poznawania losów bohaterów, poznawanie przy okazji - nie rzadko - historii naszego kraju, poznawanie nowych słówek, nowych znaczeń. 
A to wszystko tylko daje nam możliwość do wielu krótkich jak i długich, poważnych jak i bardzo zabawnych rozmów z czytającymi znajomymi.
Dla mnie to wszystko jest bardzo ważne i ... bardzo przyjemne! I czyż to nie jest w pewnym stopniu ambitne zachowanie? :) 

Z pozdrowieniami dla znanych mi czytaczy. I tych, których dopiero poznam.

P.S. A teraz czytam odrobinkę gejowskiego "Drwala". I świetnie. Tęsknię.

P.S.2. Bardzo dziękuję za tak duży odzew na poprzedni makaronowo-wspomnieniowy post :))

środa, 3 października 2012

Awantury według Lema

Schodząc po schodach, ojciec zajrzał kiedyś do pokoju szwagierki, a widząc w nim tylko starego, ślepego jamnika Beja, zgasił światło.
- Zgasiłem u Ciebie światło - mówił po chwili - bo niepotrzebnie się paliło.
- To szkoda, bo tam był Bej - odparła szwagierka.
- A po co mu światło?
- On sobie wieczorami lubi czasem poczytać.
- Poczytać? - zdumiał się ojciec. - Jak to poczytać? Przecież on jest ślepy!!

Lubicie czytać książki? Dla niektórych może to pytanie wydać się dziwne, ale ileż osób wokół mnie ich nie czyta! Nie wiedzą co tracą. 
Ogromna przyjemność. Odstresowanie się. Oderwanie od rzeczywistości.
Czasem wesołe. Innym razem pouczające. A jeszcze innym wzruszające.
A do tego wszystkiego nie do końca świadome pomnażanie swego słownictwa, stylu pisania (no tak, jak niewiele osób wokół mnie PISZE!!!), a co najważniejsze wysławiania się.
Przyjemne z pożytecznym.

A co przeczytać w czasie urlopu? Zdecydowanie coś na luzie, ale czy musi to być kolejny kryminał albo romansidło? Nie musi!
Może to być biografia Stanisława Lema (tak, tak, TEGO Lema). Biografia nie byle jaka, bo spisana przez syna głównego zainteresowanego Tomasza Lema.
"Awantury na tle powszechnego ciążenia" to bardzo zgrabna opowieść podzielona na rozdziały tematyczne (np. Okupacja, Potyczki z motoryzacją, Dyktanda, PRL, Zdrowie). 
Każdy rozdział ma swój klimat, swoje anegdoty, których naprawdę nie brakuje. Dla czytelnika historie o tym jak Tata Lem szarżował autem albo jak Tata Lem koniecznie chciał swemu synowi pomóc w pracy na swój temat, są przezabawne, ale chyba takie nie były dla najbliższych :).

– Dziwię ci się – rzekł na to ojciec. – Ja w twoim wieku po prostu zakładałem sobie, że z naprzeciwka nic nie nadjedzie. – Milczał przez chwilę, po czym dodał z satysfakcją: 
– I wiesz co? Miałem rację.

Ogromnym atutem książki jest to, że autor nie przedstawia swego ojca w samych superlatywach, nie wynosi go na piedestał. Po prostu szczerze (takie odnoszę wrażenie) opowiada jak było. Jak czasem trudny był ojciec, jak dziwaczny. Dla mnie, na pewno uroczo, zabawnie i nieszkodliwie dziwaczny.



Książka na pewno nie jest skierowana tylko dla fanów Lema. Nie przeczytałam ani jednej jego książki. Nie mój klimat. Choć teraz nie wiem czy się w końcu nie skuszę. Choćby po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że to nie mój klimat.
A może miło się zaskoczyć?

Książka jest dla wszystkich tych, którzy chcą poznać od kuchni życie cholernie inteligentnego człowieka. Poznać w sposób bardzo przyjemny, bo tak właśnie książka jest napisana. Bardzo ciepło i przyjemnie, a nawet z dystansem.
Z dystansem do bohatera jak i samego autora.
Ja ją połknęłam, nie chciało mi się od niej odrywać, a wiele cytatów musiałam przeczytać na głos, by się z kimś nimi podzielić i pośmiać.

Jak dla mnie nota może być jedna - 10/10 :)

Kolejną urlopową pozycją były "Podróże małe i duże" Manna i Materny. O nich następnym razem, ale uprzedzam, dychy nie będzie! Póki co, zapraszam do udziału w konkursie :)

* Dialogi: Tomasz Lem "Awantury na tle powszechnego ciążenia", Wydawnictwo Literackie 2009

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

SLOW

Czy w czasie ogromnej zawieruchy remontowo - mieszkaniowej można zwolnić? Można wyluzować? Choć na chwilkę? Można.

Robiąc zakupy w tesco,  jednocześnie szukając kuchenki w jednym ze sklepów w pasażu i przeglądając najlepsze (?) internetowe oferty w kolejnych komórkowych sieciach, trafiłam (nie wiem jakim cudem!) do kiosku. Od razu rzuciło mi się w oczy dobrze wyeksponowane niebieskie coś z białym napisem (SLOW), szkoda czasu na pośpiech (zachęca!), magazyn ludzi świadomych (onieśmiela!). Okładka intrygująca bardzo - minimalistyczna, bez ZBĘDNYCH krzykliwych obrazków, haseł, zdjęć.


Podeszłam, przejrzałam, zerknęłam na cenę, wyszłam.

Podpisałam umowę w plusie, zamówiłam transport kuchenki.

Zaszłam do empiku. Kupiłam. Mimo ceny.

Czekając na autobus połknęłam wywiad z Pirógiem. Nie ukrywam, że to on tam w środku wpłynął na decyzję o kupnie.
To była moja chwila zwolnienia.

Wróciłam do niej już U SIEBIE. Wróciłam na dłużej. Zdecydowanie dłużej.

Magazyn podzielony na rozdziały


W każdym z nich bardzo ciekawe zdjęcia. Spokojne. Można im się przyglądać i przyglądać.
Artykuły i wywiady godne przeczytania. Interesujące.
Nie znalazłam w środku reklam!

Nie, nie twierdzę, że w innych magazynach nie ma ciekawych zdjęć i ciekawych treści.
Nie, nie twierdzę, że po kupnie jednego, czy też kolejnych wielu (mam nadzieję) numerów zwolnię do minimum.
Twierdzę za to, że dawno w księgarni nic tak nie przykuło mojej uwagi. Dawno nic mnie tak nie zaciekawiło. No i na pewno odrobinkę wpłynęło na moje tempo. Może nie było to aż tak trudne, bo nie zawsze bardzo się spieszę - okazuje się, że świadomie! :)
Twierdzę również, że (SLOW) idealnie pasuje do takiego śniadania.
I na koniec twierdzę, że cena niepotrzebnie mnie odstraszyła. Jakość wydania, zawartość są ceny warte.




Ogłoszenie parafialne
Spadając na ziemię - nie wiem jak będą wyglądały najbliższe posty - mój lepszy aparat się zepsuł (szukam niedrogiej naprawy - kosztów w serwisie nie komentuję). Natomiast ten słabszy (za to sentymentalny - wygrany przez Gie w Trójce) przygarnął bez pytania któryś z woodstokowiczów :( - ku jego szczęściu i mej rozpaczy! Życzę miłego użytkowania!

niedziela, 15 stycznia 2012

Szczyty, Czuby i... piekielne jaja!

Wielu o szczytach marzy. Wielu do szczytów dąży. Wielu na szczyty się wspina. O jakich szczytach mowa? Górskich? Popularności? A może o szczytach głupoty na które wspinają się czuby (a nawet czubki)? Nie nie, nie o to - to byłby szczyt wszystkiego! :)
Bohaterka książki, którą przeczytałam w pociągu relacji ZG -> Warszawa Centralna i Warszawa Centralna -> ZG, nie osiągnęła szczytu głupoty, choć na pewno znajdą się tacy, którzy tak stwierdzą. Nie wspięła się też na jakikolwiek szczyt górski, bo w temacie ruchu i sportów wszelakich osiągnęła szczyt lenistwa :).
Poza nim - nieśmiało można mówić o szczycie popularności. W dziedzinie humoru. Może nawet i absurdu.

A co do tego wszystkiego mają czuby? Poza tym, że na upartego można je uznać za synonimy? Po prostu to, że mowa o Marii Czubaszek. A nawet o wywiadzie Artura Andrusa z nią.



Bardzo lubię ją. Bardzo lubię jego. Mimo, że spotkałam się już z opiniami, że Ona jest przereklamowana, a on tym bardziej. Że jego wszędzie pełno. Może to prawda, ale ja tego nie wiem, bo mnie wszędzie pełno nie jest. A tam gdzie jestem Oni bywają. Owszem, bywają nierzadko, ale jednak w granicach rozsądku (czy absurdalnego rozsądku?).

Dzięki mej sympatii do Powyższych, z chęcią pożyczyłam od Ajwonki książkę "Każdy szczyt ma swój Czubaszek". Książkę pełną wspomnień głównej zainteresowanej. Mimo,  że ona sama wspomnień nie znosi. Mimo, że przeszłością nie żyje. Mimo, że nie pamięta co i jak dokładnie było albo gdzie co jest. Jak się dowiemy, wiele ważnych staroci jest w TAPCZANIE i na REGALE.

Jakiego podejścia by Pani Maria do wspomnień nie miała, to dzięki upartości Artura Andrusa dowiemy się z kim się spotykała, kogo pobiła, jakich miała przyjaciół, gdzie piła wódkę, gdzie pracowała, co wspólnego z nią ma Kofta, Polański i Supron. Aaa, no i Barbra Streisand.
Poznamy też kulinarne zdolności Pani Marii, a raczej ich brak. Dzięki temu nabyła niezwykłą umiejętność. Podpalania wszystkiego. Na czele z rękawicami kuchennymi.


Ale ale, wprowadziłam Was w błąd. Maria Czubaszek nie osiągnęła szczytu anty-kulinarnego. Bo co? Bo to:

"Jest chłodny jesienny wieczór. Maria, zmęczona ukochaną pracą, krząta się po skromnej kuchni, szykując skromnymi rękami skromny posiłek. Ale zasoby jej są skromne. Wrzuca więc na patelnię wszystko, co pozostało w spiżarce, a gdy zażywa wreszcie pierwszą łyżkę potrawy, z uchylonych gwałtownie ust wyrywa jej się historyczny okrzyk: 'Cóż za piekielne jaja!!!'".
"Do rondla lub średniej wielkości patelni wlewamy cztery, pięć łyżek oliwy. Gdy oliwa jest wrząca, przysmażamy w niej spory ząbek czosnku pokrojony na cienkie paseczki. Gdy silnie się przyrumieni, wyławiamy go z oliwy i odrzucamy, natomiast w oliwie podsmażamy krótko drobno posiekaną cebulkę, po czym dodajemy dwie filiżanki keczupu pomidorowego, łyżeczkę posiekanej pietruszki, szczyptę tymianku, pieprzu, soli do smaku. Gotujemy na małym ogniu, często mieszając, piętnaście minut. (...) Tak! To przepis na sos do potrawy zwanej u nas "piekielne jaja" (...). Cztery, do pięciu lekko ubitych widelcem jaj wlewamy do patelni i delikatnie mieszamy z sosem, po czym pozwalamy dojść potrawie przez piętnaście minut. Przygotowujemy grzanki. Na jeszcze ciepłe nakładamy warstwę jaj i posypujemy suto tartym serem gouda. "Piekielne jaja możemy podać do herbaty, ale lepiej smakują z kieliszkiem czerwonego wytrawnego wina."

W całej tej długiej rozmowie nie mogło zabraknąć opowieści o psach. Opowieści bardzo ciekawych i wzruszających. I nie mogę nie wspomnieć o fantastycznych rysunkach Wojciecha Karolaka.


Książkę czytałam z uśmiechem na twarzy. Czasem zbyt wielkim i zbyt głośnym - osiągnęłam szczyt zapomnienia o tym, że jestem w taborze. I właśnie za to lubię podróż pekapem - nawet tak długą jaką była ta. Ale to już inna historia... Z resztą czy rzeczywiście była długa, odczuwalnie długa? :)

P.S. Czy wypróbować przepis na piekielne jaja? Jak myślicie? :)

P.S.2. A jak zmiana dekoracji na blogu? Przyjmuję krytykę na klatę :)

piątek, 9 grudnia 2011

odrobinkę refleksyjny lunch w Paryżu

Na większości blogów już się zrobiło zimowo lub świątecznie. U mnie przekornie jeszcze nie ;), może następnym razem. Póki co, zaległy wpis o książce Elizabeth Bard Lunch w Paryżu. I o związanej z nią małej refleksji.
Elizabeth, amerykańska dziennikarka i miłośniczka sztuki, która przez Londyn trafia do Paryża, a tam, oczywiście zakochuje się. Nie jest to tylko miłość do francuskiego osobnika jakim jest Gwendal, (nota bene, ciekawe imię) ale także do kuchni - niekoniecznie tylko francuskiej. Zanim Elizabeth przyzna się, że darzy miłością nie tylko swego Francuza, minie trochę czasu, przewertujemy trochę kartek, po-podglądamy bohaterkę w kuchni, na targu, w masarni albo piszącą artykuł w kawiarni, w której spotyka "swojego" rzeźnika. Rzeźnik ów to kawał gburowatego chłopa, który wtedy, w tej kawiarni zauważa Elizabeth i wita ją lekkim skinieniem głowy. Czy to był początek kucharskiej miłości? A może było to wtedy, gdy z lekkością zaczęła poruszać się po francuskich straganach? Z lekkością dosłownie i w przenośni. Albo wówczas gdy zaczęła rozumieć Affifa - kulinarnego artystę z nowej francuskiej rodziny? Kiedy by to nie było, do miłości dochodzi. I bardzo dobrze, bo bez niej nie byłoby w tej książce, a może i nigdzie indziej, tylu fajnych przepisów. Tylu nieskomplikowanych przepisów, które w większości mają powszechnie dostępne składniki.

Zdecydowanym plusem tej książki jest po prostu jej formuła. Opowieść prawdziwego życia autorki - może ciężko stwierdzić czy wszystkie wątki miały miejsce rzeczywiście, ale odnosi się takie wrażenie. A do mnie prawdziwe historie zawsze przemawiają ze zdwojoną siłą. Tak więc opowieść życia autorki przeplatana jej codziennymi i odświętnymi daniami.
Przyznam, że gdy byłam zbyt zmęczona, by wczytywać się w kolejne perypetie, wertowałam kartki na koniec rozdziału i obczajałam jakie są tam smaczki :).


Kolejnym pozytywem jest możliwość poznania dwóch kulinarnych (i nie tylko) kultur. Francuscy pesymiści celebrujący każdy kęs niewielkich porcji kontra optymistyczni (a może nawet pozytywnie roszczeniowi) Amerykanie pałaszujący ogromne ilości jedzenia. Francuzi w Stanach kontra Amerykanie we Francji... :)
Oczywiście nie zabraknie wspólnych uniesień i rozterek powodowanych czasem owymi różnicami kulturowymi.


Minusy? Książki nie połknęłam, ale czy to rzeczywiście minus? Może podeszłam do niej z lekkim francuskim sceptycyzmem albo i małą celebracją? :)

Refleksja? Chyba bardzo przywykliśmy do przepisów kulinarnych opatrzonych fotografiami. W tej książce tego nie znajdziemy. Kilka osób, które książkę u mnie widziały skwitowały ją krótko: "przepis musi mieć zdjęcie" i trach - książka zamknięta z powrotem leży na półce. A może trochę wyobraźni? A może dzięki temu zyskamy element zaskoczenia gdy upichcimy coś z takiego przepisu? Czy to nie będzie dużo bardziej przyjemne niż "wiem jak to będzie wyglądać"? Może nie warto od razu odrzucać takich pozycji?
Na pewno nie warto! :)

A to mój element zaskoczenia z tej książki:


Pisałam o nim tutaj :)

czwartek, 18 sierpnia 2011

Ania...


Będąc bardzo małą dziewczynką uwielbiałam czytać bajki, jednak zapał do czytania mi minął. Powrócił gdy byłam małą dziewczynką i Sąsiadka pożyczyłam mi Anię z Zielonego Wzgórza. Od tego momentu zapał już nie uciekł. Dobra, wiem, że brzmi banalnie, ale tak właśnie było :) poza tym czy banalnie to źle? :)
Jakby nie było, przeczytałam wówczas wszystkie części Ani, również te które były już tylko opowiadaniami i z Anią miały niewiele wspólnego, co było zdecydowanym minusem... A piszę o tym, bo niedawno Wydawnictwo Literackie wydało Anię z Wyspy Księcia Edwarda. Okazało się, że jest to książka, która kończy całą serię i nigdy wcześniej wydana nie była - L.M.Montgomery przekazała ją wydawcy dzień przed tym jak zmarła z powodu przedawkowania leków.

Mimo, iż małą dziewczynką już nie jestem (ok ok, tylko wiekiem nie jestem;) ) to książka wzbudziła we mnie ogromne zainteresowanie i ją kupiłam. Ku mojej uciesze okazała się dość pokaźną, bo liczy prawie 600 stron. No i te moje ulubione duże litery... ;)


Forma książki jest ciekawa, bo składa się ona z serii opowiadań, przeplatanych wieczornymi spotkaniami rodziny Blythe'ów, podczas których czyta się wiersze Ani i jednego z jej synów. Wiersze później są przez bohaterów krótko komentowane i mimo, iż nie jestem ich fanką  to chyba ta część książki jest najlepsza, bo przez rodzinne komentarze można wrócić do starej dobrej Ani... Niestety, ale zdecydowanie większa część książki to opowiadania o przygodach ludzi, którzy w jakimś niewielkim stopniu związani są z główną zainteresowaną, ale oczywiście wspominają o niej w samych superlatywach. Trochę to przesłodzone i chyba nie tego oczekiwałam od zakończenia serii... Cóż mi po opowiadaniach o nieznanych osobach, które wygłaszają peany na cześć Ani? No tak, znajdzie się kilka osób, które ją skrytykuje - to pewnie miało być dla zachowania równowagi, ale się nie udało. Przecież Ania to nie był ideał, to była wesoła, bujająca w obłokach trzpiotka. Fakt, nie jest już młodziutkim podlotkiem. Ale co z tego? A może ja trochę dorosłam? A może się tylko czepiam?

Dużym plusem jest ostatnich kilka stron książki, czyli krótka jej historia. Historia opisana przez Benjamina Lefebvre'go, dzięki któremu zakończenie Ani w ogóle zostało wydane.

Mimo krytyki, cieszę się z zakupu :)

poniedziałek, 27 czerwca 2011

hotel babylon

Ostatnio, przez zupełny przypadek, trafiłam na tvn-owskie (a raczej tvn style'owskie ;) ) "W kinie i na kanapie". A tam, Dorota Wellman, rozpływająca się nad książką Imogen Edwards - Jones & Autora Anonimowego "Hotel Babylon". Tytuł wydał mi się znajomy. Nie mogło być inaczej, przecież gdzieś tam, kiedyś tam, a może nawet całkiem niedawno, był sobie serial o tejże nazwie. Serialu nie oglądałam, przeszłam obok niego zupełnie obojętnie i co się tu nagle okazuje? Że niby to był błąd? Że książka niby taka fajna, że to wszystko co tam jest to prawda? Ciekawostka przyrodnicza! :)
I nie dość, że dziecięca naiwność we mnie, to okazało się, że łatwo na mnie wpłynąć ;) ale czuję się usprawiedliwiona, bo jednak 'Wellmanowa' to niegłupia babka i ją najzwyczajniej w świecie lubię.
Zaraz po tym programie, byłam w empiku - nie, nie, nie poleciałam po książkę - i mi się owe peany nad 'Babylonem' przypomniały. Mimo, iż autora (a raczej autorów) nie pamiętałam, książka nie była wśród tych "na wierzchu", jakimś cudem znalazłam jeden jedyny egzemplarz. Zanabyłam i w ciągu długiego weekendu ją połknęłam :)

Autorzy, w formie narracji recepcjonisty, opisują jak 'od kuchni' wygląda doba w wielogwiazdkowym hotelu. Co tak naprawdę dzieje się w kuchni, skąd kucharze mają kawior i inne rarytasy. Ile tak naprawdę warta jest noc (bez śniadania), za którą płaci się 2 tys. funtów. Dowiemy się, co kryje się pod hasłem '120% rezerwacja', a także jakich klientów obsługa lubi najbardziej. I najzabawniejsze (a może i najsmutniejsze) - co hotelowi klienci robią w hotelu i z jakimi problemami dzwonią do recepcji (np.: - Mam kolbę kukurydzy i zastanawiam się jak ją przyrządzić; - Czy ktoś mógłby kupić mi prezerwatywy?). Reakcja recepcjonisty zawsze jest w 100% profesjonalna.

W związku z tym, iż jednym z autorów jest były pracownik luksusowych londyńskich hoteli, należy domniemywać, iż wszystko co czytamy jest prawdą, a to zdecydowany pozytyw tej książki. Całość może nie powaliła mnie na kolana (bo chyba to nie ten typ, który powala), ale czytało się miło, lekko i przyjemnie. Idealna książka na zresetowanie się choć na chwilę :)
A! Jest też plus natury formalnej, ale to raczej zasługa wydawnictwa (Pascal) - duże litery :)


Autorka napisała także m. in. o kulisach podniebnych podróży i powstawania boysbandów. Po tę drugą nie sięgnę, ale po pierwszą - może, kiedyś...

P.S. Powiedziałam o książce Lee, a ona, że tak oczywiście, jest taki serial i to bardzo fajny! A musicie wiedzieć, że Lee ma długie zęby na seriale. Chyba się skuszę w wolnej chwili :)

P.S.2 Jak zdążyliście zauważyć, bez wątku kulinarnego (i akcentów bolesławieckich) się nie obyło ;) znów zrobiłam białe ciasto bez pieczenia - tym razem w fajnej foremce i z podwójną warstwą biszkoptów - Magdo K., rewelacyjny jest ten deser! Mówię to ja - ANTYsłodyczowiec :D

czwartek, 16 czerwca 2011

pokuta


Bardzo zaniedbałam dział kulturalny - to wszystko przez tę ładną pogodę! Przyjdzie czas, że nadrobię to i owo :) a to, na ponowny dobry początek ;)
Rob. pożyczył mi najnowszy skandynawski kryminał, którego autorem jest Olle Lonnaeus. Autor porównywany jest do Stiega Larssona, wg opisu na okładce: "a nawet lepszy niż Larsson". Jako, że trylogia Larssona nawet mnie wciągnęła (zwłaszcza jej pierwsza część) z ochotą zaczęłam czytać. Oczywiście, bez porównań się nie obyło i stwierdzam w pełni świadomie, iż "pisanina" Olle zdecydowanie do mnie przemawia. Chyba nawet bardziej niż ta larssonowska. Chyba, bo trochę czasu minęło odkąd trylogię czytałam i niestety ostatnią jej część "męczyłam" - mimo, że mi się podobała to jakoś mijały dni, a ona leżała i cierpliwie czekała aż po nią sięgnę ponownie.

Czytając Olle nie trzeba się było wysilać, by zapamiętać wiele mnożących się wątków, nazwisk, opowieści historycznych. Główny wątek był jeden - wiadomo jaki - morderstwo. Morderstwo najzwyklejszych pod słońcem staruszków. I mimo, iż wygrali majątek na loterii nadal byli szarzy. Majątek dziedziczą synowie - rodzony, który wiedzie pijackie życie i adoptowany - obecnie dziennikarz, który 30 lat wcześniej uciekł z rodzinnej wsi. Któryś z nich zabił? Tematyka na pierwszy rzut oka brzmi banalnie - zwłaszcza dla tych co kryminały pochłaniają. Lecz z kolejnymi przerzucanymi kartkami, pojawiają się coraz to ciekawsze i nowsze, a zarazem starsze, opowieści dające odpowiedzi na ważne pytania - dlaczego Konrad uciekł? Dlaczego staruszkowie byli aż tak szarzy? Jak bardzo tolerancyjni są Szwedzi? O co chodzi z tą pokutą? I co z tym wszystkim wspólnego mają Polacy?


Wątki te, pośrednio lub bezpośrednio (o czym przekonujemy się na koniec) są z głównym nurtem związane.
Bohaterowie - jak opowieści - także pojawiają się nowi, ale jest ich niewielu i pamiętamy wszystkie imiona, a nawet nazwiska! A to w przypadku skandynawskich nazwisk nie jest takie proste :)
Wątek historyczny, owszem pojawia się w pewnym momencie, ale nie jest on ani zawiły ani nużący, jak to zdarzało się u Larssona.
Ja do samego końca nie wiedziałam KTO ZABIŁ, aczkolwiek wiadomość o mordercy przyjęłam ze spokojem :) co jest raczej minusem.

Książkę czytałam z przyjemnością, mimo, iż nie pochłonęłam jej momentalnie. Na pewno poszukam innych tytułów Ollego. Mam tylko małą obawę - czy się nie zawiodę, jak to było w przypadku innego skandynawskiego autora kryminałów, którym jest Mankell.

wtorek, 1 marca 2011

rosysjkie fantazje



Poranek w pracy jak co dzień - Bora marudzi o moich kartonach po nowym (rzekomo) kompie - tak tak trzeba je w końcu wynieść :) Roberto zaś, znów urządza w pokoju lumpiarnię, popijając kawkę i oczywiście pozostając niewzruszonym na nasze zrzędzenie - jak zawsze. 
R. dobrze wie, że ochoczo sięgamy po różnorakie kniżki, więc tym razem udało mu się nas udobruchać (na chwilę!), swą opowieścią o książkowych wyprzedażach w księgarni w środku miasta. Oczywiście czym prędzej znalazłyśmy ową księgarnię w sieci i uwierzcie, ciężko było oderwać się od kolejnych atrakcyjnych pozycji (tudzież ofert) :)
Nie spełzając na niczym, po pracy udałam się na rynek i buszując między regałami znalazłam kilka smaczków. Warto wspomnieć, iż 6 sztuk wyniosło mnie 60 zł! Wspaniale! 
Teraz tylko trzeba do końca "zmęczyć" Larssona, przerobić "Listy do Fabrissy" i zacząć od fantazji? Tych rosyjskich! A jakże :)

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...