poniedziałek, 27 czerwca 2011

hotel babylon

Ostatnio, przez zupełny przypadek, trafiłam na tvn-owskie (a raczej tvn style'owskie ;) ) "W kinie i na kanapie". A tam, Dorota Wellman, rozpływająca się nad książką Imogen Edwards - Jones & Autora Anonimowego "Hotel Babylon". Tytuł wydał mi się znajomy. Nie mogło być inaczej, przecież gdzieś tam, kiedyś tam, a może nawet całkiem niedawno, był sobie serial o tejże nazwie. Serialu nie oglądałam, przeszłam obok niego zupełnie obojętnie i co się tu nagle okazuje? Że niby to był błąd? Że książka niby taka fajna, że to wszystko co tam jest to prawda? Ciekawostka przyrodnicza! :)
I nie dość, że dziecięca naiwność we mnie, to okazało się, że łatwo na mnie wpłynąć ;) ale czuję się usprawiedliwiona, bo jednak 'Wellmanowa' to niegłupia babka i ją najzwyczajniej w świecie lubię.
Zaraz po tym programie, byłam w empiku - nie, nie, nie poleciałam po książkę - i mi się owe peany nad 'Babylonem' przypomniały. Mimo, iż autora (a raczej autorów) nie pamiętałam, książka nie była wśród tych "na wierzchu", jakimś cudem znalazłam jeden jedyny egzemplarz. Zanabyłam i w ciągu długiego weekendu ją połknęłam :)

Autorzy, w formie narracji recepcjonisty, opisują jak 'od kuchni' wygląda doba w wielogwiazdkowym hotelu. Co tak naprawdę dzieje się w kuchni, skąd kucharze mają kawior i inne rarytasy. Ile tak naprawdę warta jest noc (bez śniadania), za którą płaci się 2 tys. funtów. Dowiemy się, co kryje się pod hasłem '120% rezerwacja', a także jakich klientów obsługa lubi najbardziej. I najzabawniejsze (a może i najsmutniejsze) - co hotelowi klienci robią w hotelu i z jakimi problemami dzwonią do recepcji (np.: - Mam kolbę kukurydzy i zastanawiam się jak ją przyrządzić; - Czy ktoś mógłby kupić mi prezerwatywy?). Reakcja recepcjonisty zawsze jest w 100% profesjonalna.

W związku z tym, iż jednym z autorów jest były pracownik luksusowych londyńskich hoteli, należy domniemywać, iż wszystko co czytamy jest prawdą, a to zdecydowany pozytyw tej książki. Całość może nie powaliła mnie na kolana (bo chyba to nie ten typ, który powala), ale czytało się miło, lekko i przyjemnie. Idealna książka na zresetowanie się choć na chwilę :)
A! Jest też plus natury formalnej, ale to raczej zasługa wydawnictwa (Pascal) - duże litery :)


Autorka napisała także m. in. o kulisach podniebnych podróży i powstawania boysbandów. Po tę drugą nie sięgnę, ale po pierwszą - może, kiedyś...

P.S. Powiedziałam o książce Lee, a ona, że tak oczywiście, jest taki serial i to bardzo fajny! A musicie wiedzieć, że Lee ma długie zęby na seriale. Chyba się skuszę w wolnej chwili :)

P.S.2 Jak zdążyliście zauważyć, bez wątku kulinarnego (i akcentów bolesławieckich) się nie obyło ;) znów zrobiłam białe ciasto bez pieczenia - tym razem w fajnej foremce i z podwójną warstwą biszkoptów - Magdo K., rewelacyjny jest ten deser! Mówię to ja - ANTYsłodyczowiec :D

piątek, 24 czerwca 2011

truskawki z pieprzem?


Szybko szybko szybko! Truskawki już się powoli kończą, więc to ostatni moment, by wykonać te małe 'cuś' i by Wam je pokazać :)
A tak na marginesie, w tym roku Za Rzeką był mały wysyp pięknych dorodnych truskawek - krzaczki znalazły się w dobrym miejscu po prostu ;) i są one tak słodziutkie, że nawet nie trzeba za wiele cukru jak się je je ze śmietaną :)
Nie mam pojęcia jak smakują tegoroczne sklepowe. Raz tylko, w pracy spróbowałam kilka, niby też z wiejskiego źródła, ale były kiepskie. Tak więc nie ma to jak pewne źródło :)
Jako, że w tym sezonie, zaliczyłam truskawki same, truskawki ze śmietaną, koktajl z truskawek, ciasto z truskawkami... to chciało się czegoś nowego. I oto w jednym z numerów Palce lizać ukazał się mym oczom prosty i ciekawy przepis. A mianowicie:
  • ubijamy 80 ml śmietany 30%,
  • jak śmietana zgęstnieje, dodajemy 2 łyżki cukru,
  • kolejny dodatek to 200 g serka mascarpone,
  • powyższe, mieszamy delikatnie,
  • truskawki (lub inne owoce) myjemy, kroimy w plasterki i układamy na talerzu,
  • truskawki posypujemy pieprzem (!),
  • a obok układamy porcję naszego serkowego kremu.
Pieprz do truskawek oczywiście bardzo mnie zadziwił. Jednak warto było - mówię Wam! :)

P.S. Bardzo chciałam wrzucić do tego posta starą piosenkę - 'Truskawkowe studio' (pamiętacie?). Nigdzie jej jednak nie odnalazłam :(

wtorek, 21 czerwca 2011

zapiekanka ze szparagami i tematy poboczne

Wiem, że trochę nie wtenczas, bo sezon szparagowy ma się już ku końcowi. Jednak może jeszcze zdążycie? Tym bardziej, że do zapiekanki, szparagi nie muszą być pierwszej świeżości. A jak nie zdążycie, to polecam szparagi ze słoiczka - są niedrogie, pyszne i nigdy łykowate i nie trzeba ich gotować.

Historię muszę zacząć od początku. A było to tak...
Początek maja, początek sezonu szparagowego, a Siwy podjął temat:
S: a pamiętacie taką zapiekankę ze szparagami i jakimś takim sosikiem... beszamelowym?
A&Sz: no cooooś było, ale hmmm... co, jak, nie pamiętamy,
S: Szpakers, no nie pamiętasz??
Sz: nie pamiętam, odczep się,
S: Alucha no pamięęęętasz, z takim sosem ona była,
A: noooo byyyłaaa, ale nie wiem...


Dni mijały. Dni przeszły w tygodnie, a Siwy spokoju nie dał. "Zaatakował" Sekretarkę (nasza osobistyczna dostarczycielka szparagów najświeższych z możliwych), wierząc, iż Sekretarka - jak na Sekretarkę przystało - pamiętać będzie wszystko. Otóż nie! Ale, ale... pojawiło się światełko w tunelu, otóż Sekretarka złożyła solenną obietnicę - "Siwy, poszukam w domu w moich przepisach". I znów dni mijały. W tak zwanym międzyczasie Siwy zadzwonił do Ajwonki - reakcja była wiadomo jaka... I wtem dzwoni telefon! Sekretarka! 
- Coś znalazłam, ale co tu ja napisałam... na pewno sos robi się z mlekiem i masłem... na pewno jest koperek...
- Jak to koperek? Ja mam pietruszkę...

Siwy w końcu zrobił po swojemu, ufając pokładom swej pamięci:
  • szparagi (im więcej tym lepiej - 2 pęczki są idealne) gotujemy tak jak do zupy i ugotowane układamy na dnie naczynia żaroodpornego,
  • pierś (ilość dowolna) z kurczaka gotujemy w bulionie, następnie kroimy ją w kostkę i wrzucamy na szparagi,
  • dokładamy pokrojoną wędlinę,
  • całość zalewamy sosem,
A sos beszamelowy do tej zapiekanki robi się tak:
  • do ciepłego bulionu, który został po gotowaniu piersi, wlewamy np. śmietanę (Siwy dodał 0,5 l mleka na tyleż samo bulionu), chwilkę podgrzewamy,
  • dodajemy starty na grubych oczkach żółty ser (min. 10 dkg na powyższe proporcje),
  • na koniec wrzucamy pęczek posiekanej pietruszki.
Zapiekankę wstawiamy na ok. 30 minut do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni.


Dzień po szparagowej uczcie, Sekretarka poruszając niebo i ziemię, zdobyła TEN właściwy przepis. I co się okazało? Że z pietruszką, że sos na bulionie i ze śmietaną najlepiej niekwaśną... :) (zaznaczam, iż z mlekiem wyszła super!)
Ot i cała historia :)

Ogłoszenie parafialne #1 - zapraszam na stronę pewnej lokalnej gazety, gdzie się ukazała moja recenzja Pokuty.

A i jeszcze dorzucę coś, co mi dziś z głowy wyleźć nie chce ;)

 

Długi ten post :) dotrwaliście do końca? Kto dotrwał palec do budki ;)

niedziela, 19 czerwca 2011

białe ciasto na upał - bez pieczenia

Gie uwielbia słodycze. I absolutnie nie rozumiem  ostatnich, często zadawanych przez niego pytań. Takiej o to maści: "czy będzie jakieś ciasto?", "jakie ciasto zrobicie?". Ale, że o co chodzi? Że niby prowadzę bloga, na którego wrzucam jakieś tam jedzonko to jest to tożsame z pieczeniem? No nic z tego nie rozumiem ;) przecież Gie dobrze wie, że za pieczeniem nie przepadam, Ajwonka tymbardziej. 
Jednak pewnego razu - a było to ładnych kilka dni temu - udało nam się pójść na kompromis. Odwiedziłam Magdę K. i żywcem zgapiłam przepis na biało - kolorowy deser. Bez pieczenia! Na zimno! Na upał :)

  • na samym wstępie musimy zrobić dwie galaretki (takie na jakie macie ochotę, byle były owocowe) - jak stężeją kroimy je w kostkę,
  • 1 szklankę mleka 3,2% zagotować wraz z 80g cukru,
  • osobno zagotować 1/2 kubka wody, odstawić z ognia i do wrzącej wsypać 2 łyżki żelatyny, szybko rozmieszać, by się rozpuściła (tym zajęła się Ajwonka, gdyż dla mnie to na razie wyższa szkoła jazdy),
  • 400 ml śmietany 18% połączyć z 200 ml śmietany 30% i z powyższą żelatyną (może być ciepła) - wymieszać i dodać ostudzone mleko z cukrem - wymieszać ponownie,
  • tortownicę o średnicy min. 22 cm wykładamy papierem do pieczenia,
  • na dnie układamy biszkopty,
  • na biszkopty wrzucamy połowę obydwu galaretek i połowę owoców (u mnie były to truskawki),
  • zalewamy połową naszej masy,
  • znów powtarzamy czynność z galaretkami i owocami,
  • znów wlewamy masę - tym razem całą, która nam została - czyli drugie pół ;),
  • na kilka godzin wstawiamy do lodówki, by stężało;

Jako profan słodkości, nie ośmieliłam się czegokolwiek modyfikować. Jednak po fakcie, stwierdzam, iż zrobiłabym drugą warstwę biszkoptów - tam na pierwszych galaretkach. Tylko chyba by zmiękły, co? Hmmm.... Rzeczywiście profan ze mnie ;)

P.S. Najważniejsze, że się udało! Gie zadowolony. Niespodziewani goście, tacy jak Kret, Lee i Daro również okazali entuzjazm - zwłaszcza Daro. A niby to baby tak się obżerają słodyczami... :)

P.S.2 A tak dziś było Za Rzeką


Podwójna, w 100% naturalna radość przyrody ;)

czwartek, 16 czerwca 2011

pokuta


Bardzo zaniedbałam dział kulturalny - to wszystko przez tę ładną pogodę! Przyjdzie czas, że nadrobię to i owo :) a to, na ponowny dobry początek ;)
Rob. pożyczył mi najnowszy skandynawski kryminał, którego autorem jest Olle Lonnaeus. Autor porównywany jest do Stiega Larssona, wg opisu na okładce: "a nawet lepszy niż Larsson". Jako, że trylogia Larssona nawet mnie wciągnęła (zwłaszcza jej pierwsza część) z ochotą zaczęłam czytać. Oczywiście, bez porównań się nie obyło i stwierdzam w pełni świadomie, iż "pisanina" Olle zdecydowanie do mnie przemawia. Chyba nawet bardziej niż ta larssonowska. Chyba, bo trochę czasu minęło odkąd trylogię czytałam i niestety ostatnią jej część "męczyłam" - mimo, że mi się podobała to jakoś mijały dni, a ona leżała i cierpliwie czekała aż po nią sięgnę ponownie.

Czytając Olle nie trzeba się było wysilać, by zapamiętać wiele mnożących się wątków, nazwisk, opowieści historycznych. Główny wątek był jeden - wiadomo jaki - morderstwo. Morderstwo najzwyklejszych pod słońcem staruszków. I mimo, iż wygrali majątek na loterii nadal byli szarzy. Majątek dziedziczą synowie - rodzony, który wiedzie pijackie życie i adoptowany - obecnie dziennikarz, który 30 lat wcześniej uciekł z rodzinnej wsi. Któryś z nich zabił? Tematyka na pierwszy rzut oka brzmi banalnie - zwłaszcza dla tych co kryminały pochłaniają. Lecz z kolejnymi przerzucanymi kartkami, pojawiają się coraz to ciekawsze i nowsze, a zarazem starsze, opowieści dające odpowiedzi na ważne pytania - dlaczego Konrad uciekł? Dlaczego staruszkowie byli aż tak szarzy? Jak bardzo tolerancyjni są Szwedzi? O co chodzi z tą pokutą? I co z tym wszystkim wspólnego mają Polacy?


Wątki te, pośrednio lub bezpośrednio (o czym przekonujemy się na koniec) są z głównym nurtem związane.
Bohaterowie - jak opowieści - także pojawiają się nowi, ale jest ich niewielu i pamiętamy wszystkie imiona, a nawet nazwiska! A to w przypadku skandynawskich nazwisk nie jest takie proste :)
Wątek historyczny, owszem pojawia się w pewnym momencie, ale nie jest on ani zawiły ani nużący, jak to zdarzało się u Larssona.
Ja do samego końca nie wiedziałam KTO ZABIŁ, aczkolwiek wiadomość o mordercy przyjęłam ze spokojem :) co jest raczej minusem.

Książkę czytałam z przyjemnością, mimo, iż nie pochłonęłam jej momentalnie. Na pewno poszukam innych tytułów Ollego. Mam tylko małą obawę - czy się nie zawiodę, jak to było w przypadku innego skandynawskiego autora kryminałów, którym jest Mankell.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...