Zatęskniło mi się za pisaniem. Bardzo chciałabym robić to częściej i pisać słowa, które może choć jednemu czytelnikowi najzwyczajniej w świecie się przydadzą. Słowa, które może będą zaczątkiem czegoś dobrego. Słowa, które sprawią, że a nuż coś się odmieni?
Dziś będą słowa o starym i nowym roku. Stary się właśnie kończy. Jaki był dla mnie? Był rokiem bardzo ciekawym. Spędziliśmy fantastyczny czas na Mazurach i Podlasiu, kilka dni w Pradze, dwa razy byliśmy w górach. W moje urodziny byłam księżniczką na Zamku Książ i była to niesamowita niespodzianka od Pana Wu. Inną niespodziewaną niespodzianką z jego strony było małe przypieczętowanie naszego związku, które odbyło się w sercu Puszczy Białowieskiej, a ich świadkami były tylko nasze rowery, natarczywe muchy i komary i kanapki. :) To takie nasze było. Na początku roku urodziła się moja bratanica, a ja znów zostałam ciocią. Zrobiłam setki kilometrów na rowerze, zaczęłam nieśmiało jeździć autem i tylko kilka razy popływałam. Pierwszy raz w życiu spędziłam wigilię poza rodzinnym domem. Doświadczyłam wiele przykrości w życiu zawodowym, przeszłam wiele stresów związanych pracą, wystąpieniami publicznymi i nie tylko. Miałam chwile smutku, złości, bezsilności. I wiecie co zmieniłabym w moim 2016 roku? N I C
Wszystko co mnie spotkało czegoś mnie nauczyło i dla mnie to wszystko było... DOBRYM zdarzeniem. Z każdej sytuacji wyciągam wnioski i zawsze zastanawiam się "po co to jest?" "co mi to da?" I, naprawdę zawsze znajduję odpowiedź. Nawet w tym dlaczego ktoś był wobec mnie niemiły. Co ten niemiły mi pokazał? "Aha! To i to..." Czemu ten niemiły tak się zachował? "Aha! Dlatego..."
Czego oczekuję od roku 2017? Niczego. Po pierwsze, "oczekiwanie" to brzydkie słowo, takie roszczeniowe. Po drugie, nie ma dla mnie znaczenia zmiana roku w kalendarzu. Bo samo przyjście nowego roku niczego w Waszym życiu nie zmieni. Serio. N I C Z E G O. W Waszym życiu coś się zmieni jeśli to Wy będziecie je zmieniać. Cyfra 7, ani żadna inna nie ma takiej mocy, jaką Wy macie w sobie.
Dlatego dziś, życzę Wam (i sobie)
otwartości umysłu,
otwartości serca,
jak najmniej sztywności,
jak najmniej zacietrzewienia.
Wszystkiego dobrego, Kochani!
I ogromnie dziękuję Wam, że tu jesteście :*
*****************
Na ewentualnego kaca lub po prostu na Nowy Rok proponuję Wam szybki rosół na samej wołowinie.
Skład: 400-500 g wołowiny z kością, 3 duże marchewki, 2 średnie pietruszki, kawałek selera, 1 por (cały, jedynie bez zwiędniętych końcówek), 1 łodyga selera naciowego, 1 cebula, kawałek świeżego imbiru, ziarna pieprzu, sól, pieprz, pół łyżeczki kurkumy, pół łyżeczki bertramu (opcjonalnie);
cebulę obrać, przekroić na pół i podpiec na czarno na suchej patelni,
wołowinę umyć i zalać zimną wodą (około 2,5-3 litry),
zagotować, zebrać szumowiny,
wszystkie obrane i umyte warzywa oraz podpieczoną cebulę wrzucić do gotującego się mięsa,
marchewkę dobrze jest przekrajać wzdłuż, wówczas odda więcej słodyczy,
dodać wszystkie przyprawy,
gotować na bardzo małym ogniu przez około 3 godziny,
podawać z makaronem i dużą ilością natki pietruszki;
Przepis na rosół z kurczaka i wołowiny oraz rosół z domowym makaronem znajdziecie tutaj.
Można. A czy można się najeść tak, by za godzinkę nie zgłodnieć i nie szukać drugiego dania? Można. Wystarczy kilka dodatków. Uwielbiam tak podany rosół. Nie dość, że sycący to tak ładnie wygląda. Poza tym nie wymaga dużych nakładów pracy, bo dodatkowo trzeba usmażyć kilka naleśników i pokroić szczypiorek :) Skład: rosół - nie podaję przepisu, każdy ma swój najlepszy :), aczkolwiek jeśli jest ktoś kto nie dodaje do rosołu piersi z kurczaka niech to zrobi ;), makaron ryżowy - najlepiej ten najcieńszy, pęczek szczypiorku, naleśniki - też każdy ma swój sprawdzony przepis ;)*
makaron przygotowujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu - zalewamy wrzątkiem, odstawiamy na 3 minuty, odcedzamy,
naleśniki zwijamy w rulon i kroimy na paski,
porcję makaronu i naleśników wkładamy do miseczki,
pierś z kurczaka kroimy w kostkę - przekładamy do miseczki (ilość wedle upodobań),
całość zalewamy gorącym rosołem,
posypujemy obficie szczypiorkiem;
I jeszcze pytanie za 100 punktów. Używacie kostek rosołowych? Co o nich sądzicie? Jeśli używacie to jakie? Ja używam swoich własnych ;) Czyli taki oto (a najlepiej bardziej esencjonalny) rosół wlewamy do foremek na lody i.. zamrażamy. Koniec :) *poszłam dziś na łatwiznę z przepisami, ale aż nie mam śmiałości podawać przepisów tak tradycyjnych; jeśli jednak ktoś chciałby je tu ujrzeć w moim wydaniu proszę o znak / sygnał :) - uzupełnię :P
Makaron z natką pietruszki Skład: 700 g mąki (użyłam 500 g pszennej typ 650 i 200 g orkiszowej typ 700), 5 jajek*, w razie konieczności odrobina wody, dwie duże garście natki pietruszki;
z podanych składników zagniatamy ciasto tak długo, aż powstanie kula; ja użyłam miksera planetarnego, a na koniec Pan Wu "dogniótł" ręcznie,
kulę dzielimy na kilka mniejszych i każdą część wałkujemy bardzo cienko na omączonym blacie,
wszystkie rozwałkowane placki kładziemy na około godzinę na ściereczkach - muszą trochę wyschnąć,
po tym czasie placki kroimy w paski (lub wkładamy do odpowiedniej maszynki),
pokrojony makaron układamy na obsypanej mąką ściereczce i zostawiamy do całkowitego wyschnięcia na 1-2 dni,
przekładamy do papierowych torebek.
Rosół (przepis wg KPP-kuchni pięciu przemian, zatem ważna jest kolejność dodawania składników) Skład: 400 g wołowiny z kością, 3 skrzydełka, 2 udka z kurczaka, 5 średnich marchewek, 2 średnie pietruszki, 1/3 niedużego selera, 1 średni por (biała i zielona część; obcinam tylko to co brzydkie), 1 średnia cebula obrana, przekrojona na 2 części i opalona nad gazem (lub podsmażona na suchej patelni), kawałek (wielkości dużego kciuka) świeżego imbiru, kilka dużych gałązek natki pietruszki, łyżeczka kurkumy, pieprz, sól, kilka ziarenek pieprzu, 2 małe liście laurowe, 3 ziela angielskie;
wszystkie warzywa obieramy, myjemy i kroimy na duże kawałki (marchewkę kroimy wzdłuż żeby oddała jak najwięcej słodkości; imbir na pół)
umytą wołowinę wkładamy do gara, przyprawiamy szczyptą pieprzu i zalewamy ok. 2,5 l zimnej wody, następnie dodajemy umytego kurczaka; zagotowujemy i zbieramy szumowiny,
po zebraniu wszystkich szumowin dodajemy kurkumę, następnie marchewkę, pietruszkę, seler i opaloną cebulę,
dodajemy imbir, por, ziarenka pieprzu i ziela, liść laurowy i doprawiamy pieprzem, a następnie solą,
na koniec dodajemy natkę pietruszki,
gotujemy na bardzo małym ogniu aż wszystko będzie miękkie - około 2-3 godziny.
No, a morał jest jeden, mężczyzna w kuchni być musi! ;)
Zajrzyjcie do dziewczyn i skorzystajcie z ich makaronowych pomysłów. :) *Teraz już wiem, że najlepiej na 100g mąki dać jedno jajko.
Za oknem wichura już drugi dzień. Pod oknem krzątają się panowie z wodociągów, bo od środka nocy nie mamy wody. Jest niedziela, a panowie zaczynają ciąć asfalt szukając przyczyny. Biedni. A my siedzimy w domku, rosół pyrka na palniku, popijam resztki kawy, słucham Trójki, zerkam na śpiącą w koszyku Helę i na sflaczałe dwie trójki, które Pan Wu przytargał mi na urodziny. Cieszyłam się z nich jak dziecko i nadal cieszę.
Chyba dużo dziecka mam w sobie i dobrze mi z tym. Cieszę się z pierdółek, czasem tak, że aż dech zapiera, skaczę i szuram po liściach, zbieram je, znoszę do domu, oprawiam w ramki i patrzę jak na najpiękniejszy obraz.
Znów zerkam na te trójki, które gdyby odwrócić... przypominają dwa serca, którego od jakiegoś czasu, mam w sobie... :) Czy to nie cud? Mieć w sobie przez jakiś czas dwa serca? Dla nas to cud ogromny, który przyszedł do nas wtedy gdy przyjść miał, w najlepszym czasie. Bo wszystko dzieje się wtedy gdy ma się zadziać. Jestem o tym przekonana.
Jak w temacie - rzecz dziś będzie o zupie, zupach. Choć czy warto się tu na tym skupiać skoro wszędzie o tym piszą? Bo przecież są takie okresy w roku, że zupy wynoszone są na piedestał. Bo pożywne, bo rozgrzewające, bo zdrowe, bo powinny być jedzone codziennie w takie dni jak te ostatnie. I wcale nie zamierzam dyskutować z powyższymi "bo", BO się z nimi zgadzam. Oczywiście o ile nie jest to zupka tzw. chińska czy gorąco - kubkowa. Choć myślę, że jak raz na ruski rok taką zjemy to nic złego się nie stanie i dajmy sobie wówczas spokój z jakimiś glutaminianami sodu czy innymi podejrzanymi E.
Dziś jednak będzie bez podejrzanych E. A może i z nimi? Bo co jest w składzie kostki rosołowej? Nawet (niby) lepszej firmy? Nie wiem, nie zgłębiłam tematu. Bo i po co? I tak do dzisiejszej zupy nie zrobiłabym bulionu z prawdziwego zdarzenia. Najzwyczajniej w świecie nie chciałoby mi się go robić mając przed sobą wizję krojenia papryk kilku, krojenia cebul iluś tam, krojenia wołowiny, krojenia ziemniaków wielu, a tym bardziej krojenia twardej marchewki (a raczej twardych marchewek)! Tylko absolutnie się nie zniechęcajcie!
Ok ok, znawcy o których wspominałam przy okazji poprzedniego wpisu oburzyli by się i stwierdzili, że jak to?! Przecież wystarczy nagotować rosołu, ostudzić i wlać go do foremek do lodu. Oczywiście kwadratowych co by po zamrożeniu otrzymać KOSTKĘ rosołową PRAWDZIWĄ, domową i zdrową. Tylko czy aby na pewno wyjdzie taka jak znawcy by sobie życzyli? Na pewno tak jeśli kurę dostanę od rolnika, kawałek wołowinki też (rosół musi być z wołowiną przecież), a warzywa nie będą z Hiszpanii czy z Chin (czy marchewki też tam produkują na szeroką skalę?).
Ale kiedyś "zaryzykuję" i zrobię te kostki :). Z warzywkami własnymi i kurą z mięsnego ;).Tylko najpierw muszę kupić kwadratowe foremki do lodu ;).
A teraz o mojej ulubionej zimówce jaką jest gulaszowa:
3 papryki (żółta, zielona, czerwona) i jedną małą papryczkę pepperoni kroimy w kostkę i dusimy na oleju - do momentu aż zmiękną,
w tym samym czasie na oleju podsmażyć 0,5 kg wołowiny pokrojonej w małą kosteczkę (może być wieprzowina) - posolić, popieprzyć,
po kilku minutach do mięsa dorzucić 2 średnie cebule (kostka) - dusimy do momentu aż woda wyparuje,
podduszone mięsko zalewamy 2 szklankami bulionu (może być z kostki sklepowej ;) ) i dusimy 10 - 15 minut, a jeśli mięsko będzie zbyt twarde to czas ten można wydłużyć (zwłaszcza wołowinka potrzebuje czasem więcej czasu),
po tym czasie wrzucamy paprykę, pokrojone w kostkę ziemniaki (6 średnich lub więcej) i 2 marchewki,
całość doprawiamy solą, pieprzem, papryką ostrą, przyprawą do gulaszu,
zapewne będzie tzw. "gęściocha" - wówczas dolewamy bulion - tyle ile uważamy za stosowne ;),
gotujemy do miękkości.
A uwierzycie, że przez większą część mojego dotychczasowego życia nie przepadałam za zupami? A Wy jakie polecicie na te dni?
Wychodzę do pracy - szaro. Wracam z pracy - szaro. Przy tym wiatr, czasem deszcz. Czapka na głowie, szalik coraz grubszy. Rękawiczki, których nie lubię. Wolałabym je na rower zamienić, ale ten zostaje od kilku dni w domu. Z Helą, która coraz więcej śpi. Nawet Za Rzeką, gdzie Majeczka kusi wspólnymi zabawami. Nie, nie, nie zabawami. Szaleństwem! ;)
Nie narzekam na tę pogodę. Więcej czasu spędzam w domu, który ocieplam jak mogę. Zasłonami, dywanem, obrusem. Kolejnymi lampkami i świeczkami. A to tylko w salonie, który w końcu zaczynam lubić.
W kuchni coraz częściej rosół. Uwielbiam. Tylko co z tym mięsem? Potrawka? Zapiekanka? Dodatek do samego rosołu? To już było. Choć z podsmażonej wołowinki z dodatkiem cebuli i maczanego w tym chlebie nie zrezygnuję. O nie! ;))
Skład: mięso drobiowe z rosołu - u mnie 2 skrzydełka i 2 udka, ok. 2 łyżki majonezu, coś pomidorowego - ja akurat miałam zmiksowane pieczone pomidory i paprykęz tego przepisu (klik) (może być przecier, keczup, koncentrat pomidorowy) - ilość wedle uznania (u mnie ok. 3 łyżek), sól, pieprz, szczypiorek do posypania;
mięso obieramy ze skóry i oddzielamy od kości,
miksujemy blenderem z całą resztą dodatków,
posypujemy szczypiorkiem;
Bardzo lubię pasztet i ta pasta ogromnie mi przypomina taki lepiej-nie-czytać-składu drobiowo-pomidorowy. ;) To zdecydowanie zdrowsza alternatywa. Moi mili, przypominam Wam o trwającym konkursie. Zapraszam! :)
Skopiowałam to co napisała do mnie Abi, z myślą, że coś skrócę. Nie wiedziałam co!Opowieść i zdjęcia mnie zauroczyły :). No i to wesele na ogródku - takie mogłabym mieć! :)
Zwróćcie uwagę jakie Abi ma cudne buty :))
"To właściwie nie jest typowa sukienka...
Miałam wziąć ślub. Cywilny... Byłam jeszcze studentką. Mój wybranek
również.
Nie mieliśmy funduszy. "Wesele" przewidzieliśmy dla naszych
przyjaciół, na ogrodzie u rodziców K., złożone z pieczonej kiełbasy i
piwa...
Sukienka miała być jaśniutka. Ta pod spodem, jest na ramiączkach i ma
niesamowity kolor, jaśniusieńko seledynowy..., lśniący, jakby plisowany
materiał...
Uwielbiałam ją i mam do dziś...
Górna warstwa została uszyta
przez krawcową z kremowego tiulu...
Poza tym kupiłam jeszcze w przecenie, w małym butiku sandały w kolorze ecru takim jak górna warstwa.
Całość była spełnieniem moich marzeń, namiastką białej sukni ślubnej, która, jeszcze wtedy, wydawała mi się ważna.
Mam do niej wielki sentyment i to, że udało się stworzyć tę "kreację"
uważam za cud ;)! - zwłaszcza, że naprawdę kosztowała grosze... (choć
dla nas i tak bardzo dużo)."
2. Opakowana (Krysia - bezblogowa)
Krysia jest wierną (tak myślę) czytaczką Ankowego bloga (patrz pkt 4) i według mnie jest mistrzynią słowa! Mistrzynią opowieści :) Poza wstawieniem polskich znaków, oczywiście nic nie zmieniłam z jej opowieści :).
"Lato 1973. Słoneczne, upalne, zakochałam się. Bardzo. Miałam 17 i pół roku.
Wróciłam z tych upojnych wakacji, romans korespondencyjnie kwitł.
A ja i wtedy i teraz - szyłam i szyję.
W radosnych podskokach, z jakiejś resztki, uszyłam szmizjerkę, bardzo krótka oczywiście, no bo to 1973 rok w końcu!
Ale
szycie było podyktowane ilością materiału też :)
Granatowy jakby
kretonik z wiskozą, z malusieńkimi białymi groszkami.
Mama dołożyła kawałeczek białej piki, z której wyszedł mały okrągły kołnierzyk i biały
, plastikowy, cienki paseczek. Sukienka wyszła fajnie i sama się sobą zachwyciłam nawet!
I nosiłam ją właściwie cały czas przez resztę
wakacji.
Narzeczony okazał się świnią, sukienka została, ale nie miała
niejako bezpośredniego związku z fatygantem - świnią.
Przez lata zostało mi uczucie związane z sukienka - beztroska, uśmiech, opalenizna,
lato (stale, w duszy). Kto wie czy sukienka nie ukształtowała mnie.!!!
Po
latach zaczęłam szukać właśnie takiego materiału, może nie tyle odmłodzić się o te 40 lat ile zobaczyć czy to działa ;)) Do uśmiechów
mnie nie trzeba przymuszać, mam pozytywne spojrzenie na świat, nie wiem,
czy nie chcę przeżyć tych paru chwil właśnie tego beztroskiego uczucia, które z wiekiem umyka, oj umyka."
3. Reckless (Magda - bezblogowa)
Magda trafiła do mnie chyba dzięki tej całej akcji :) Magda wczoraj obchodziła urodziny, a dziś obchodzi je jej brat! To dla nich na pewno doskonały powód, by jeszcze bardziej wiosnę lubić :)
Anka spisała się na medal! Niemalże zasypała mnie swoimi sukienkami :) dopisując, że nie muszę wszystkich publikować!Ona sama nie mogła się zapewne zdecydować, którą wybrać, a ja? O nie, postanowiłam, że nie będę wybierać lepszej z lepszych i pokażę Wam wszystkie :). Kilka Ankowych opisów poniżej. Sami spróbujcie dopasować do sukienek ;). Celowo usunęłam kilka zbyt jasnych wskazówek :). Moją faworytką jest CHYBA ta z opisu nr 3 :). "Najstarsza moja sukienka, z tych ulubionych, co jej nigdy
nie wyrzucę. Z (...) dodatkami wyglądam jak prawdziwa
dzidzia - piernik :)
Było
lato, jakieś 3 lata temu. Pięknie świeciło słońce. Miałam dobry humor i wtedy wpadłam
na tę (...) suknię. Pasowała na mnie jak ulał! Tak się sobie w niej
spodobałam, że zachwycona natychmiast ją kupiłam (a tania nie była!), po
czym... nigdy jej nie ubrałam... Zawsze wydaje mi się zbyt krzykliwa, zbyt
odważna... I tak sobie wisi, bo łudzę się, że kiedyś, któregoś dnia się odważę
ją założyć. W ubiegłym roku byłam już tak wystrojona do opery, ale w ostatniej
chwili zmieniłam ją na... czarną. :) Ostatni mój nabytek. Na jesiennych przecenach kupiłam ją
w Jackpot. Lubię nosić ją z (...) dodatkami. Myślę, że w lecie będę ją
mocno eksploatować.
Jedwabna sukienka (...), zupełnie nie dla trochę
puszystych, ale bardzo ją lubię, czuję się w niej taka dyskretnie elegancka. :)"
Nie mogłam nie pokazać Wam tych dwóch perełek!
"Moja sukienka ślubna. Z wypożyczalni. Dzień przed weselem
wpadłam w histerię, że nie pójdę we wcześniej przygotowanej i pojechałam do
wypożyczalni szukać innej sukni ślubnej. Była tylko ta. Reszta wcale mi się nie
podobała. Skromna, prosta, myślę, że i dziś mogłabym ją wybrać. Chyba
przyniosła mi szczęście... :)
Moja ukochana sukienka ciążowa. Przechodziłam w niej dwie
ciąże. Czułam się w niej cudownie. W ogóle
w ciąży czułam się świetnie. Nie miałam żadnych dolegliwości. Byłam silna i
spełniona, jak nigdy w życiu. Cudownie wspominam ten czas..."
Zdjęcia Dominiki mnie zachwyciły. Są cudne. Nie wiedziałam, które opublikować. Dominika napisała cały post nawiązujący do sukienkowej akcji :)). Zachęcam Was do zerknięcia tutaj. Tam zobaczycie znacznie więcej pięknych Dominikowych ujęć!
Kaprysia podesłała mi zdjęcia swojej ukochanej "kiecki" :) Piękny ma kolor! A pewne zdanie z tego opisu jest doskonałe :D
"Udało mi się kupić ją na wyprzedaży,
czyli za całe 40 zeta zamiast 200:) Jest lniana, więc niestety
gniotliwa, ale i tak ja uwielbiam, bo pięknie maskuje wszystko to co
powinna, pewnie dzięki odcięciu pod biustem. Kolor jak na mnie raczej
odważny, ale o dziwo, dobrze się w niej czuję. W ogóle dobra kiecka to
jest coś pięknego, bo wystarczą do niej majtki i stanik i już człowiek
jest ubrany:) Zaraz po kupieniu dorobiłam do niej kwieciste wyklejankowe
korale, bransoletkę i dokupiłam chustę z podobnym wzorem."
Iga przesłała mi zdjęcie spódnicy. Nie szkodzi, że to nie sukienka :). Dobrze się stało, że zdjęcie trafiło do mnie. Zauroczyło mnie ogromnie! A Was? :)
Nie udało mi się namówić Kamili na dołączenie do Abi i Anki. Jakie? Przeczytajcie ;) A sukienka w groszki... Lubię takie bardzo! :)
"To mój mały wkład w wiosenną akcję, mam nadzieję, że zaczarujesz świat i przegonisz wszystkie śnieżne i ponure chmury :)
Sukienka jedna z wielu, chwilowo marzę że już niedługo uda mi się ją założyć, uniwersalna i zawsze do wszystkiego pasuje :)
Najfajniejsza jaką miałam to zdecydowanie ślubna, choć to już szmat czasu minął."
14. Ola (Podróże słodkie) Dopiero co w jednej z sieciówek widziałam śliczną, koronkową czarną sukienkę z baskinką. Nawet nie pomyślałam, by ją przymierzyć. Założyłam, że to nie dla mnie. Może niesłusznie?
"Przesyłam moją ukochaną sukienkę (...). Sukienkę uwielbiam jednak na
wieszaku nie prezentuje się (niestety) tak fajnie jak w rzeczywistości
(co nie jest takie złe, gdyż zazwyczaj bywa odwrotnie;-))
sukieneczka jest autorstwa młodych berlińskich projektantów mint&berry. Bardzo fajne rzeczy tworzą:-)
Sukienkę kupić musiałam, bo leżała naprawdę idealnie, a taka klasyczna
przyda mi się na pewno:-)"
15. Lepetitka (LePetitKa) Która z Was może się pochwalić taką sytuacją? :)
"Trudno oddać sens niektórych sytuacji i ich
specyfikę i tej chyba też tzn. mi jest trudno. Bo to nie było śmieszne!
Po czasie może i trochę tak. Ale ogólnie wpadłam w czarną rozpacz...
ale od początku to było tak: szykowałam się na wesele
kuzyna. Wybrałam sukienkę bo wypada i bo uwielbiam. Trochę byłam
zestresowana bo rodziny nie widziałam już dłuższy czas. Najpierw
tradycyjnie ślub, życzenia i potem transport do sali weselnej. moje
zielona sukienka jest z materiału zwykłego możnaby rzec - bawełna z
małymi dodatkami. Więc zwykła. siedzimy. Cieszę się, że rodzina w pełni i
że pogoda piękna. Wszyscy zaczynają jeść. Każdy podaje sobie elegancko
zgodnie z zasadami savoir vivru a to rosół, a to ziemniaki. Ja poprosiłam mojego P. o półmisek z mięsem bo nie dosięgałam sama do
drugiej połowy stołu.
P. podał zgodnie z prośbą lecz jakby ręka mu się zachwiała i część
półmiska mięs z sosami przeróżnej maści wylądowała na mojej sukience.
Na samym środku. Można sobie wyobrazić tylko w jakiej byłam purpurze na
twarzy i jakiej rozpaczy głębokiej.
Potem poszłam na kolejne wesele z P. założyłam znowu tę sukienkę,
ale mięs już nie jadłam. Za to P. tym razem sukienkę ochrzcił coca colą.
Nie wiem. Coś jest z nią chyba nie tak. :)"
16. JolkaM (bezblogowa)
Muszę najpierw napisać, że szanowna Jolanda wysłała mi swojego maila wczoraj wieczorem. Oczywiście za moim pozwoleniem, ale ale... Skąd ja miałam wiedzieć, że Jola wyśle mi milion zdjęć i cały wielki opis?! ;)) Jolu, należy mi się medal :D Na szczęście Twoje zdjęcia są tak pozytywnie tajemnicze, sukienka tak dziewczęca... :)), a opis rozkładający na łopatki :D
Nie przedłużam! Czytajcie uważnie, bo Jolka rzuca Wam wyzwanie!
"Alu, pokażę Ci sukienkę, którą
nabyłam kilka lat temu, a której jeszcze nigdy nie założyłam na
grzbiet (nie licząc dwóch lub trzech parado-przymiarek przed
lustrem w zaciszu domowym). Od pierwszej chwili byłam nią
zauroczona, WIDZIAŁAM SIĘ w niej. Ach, jak ja się w niej
widziałam! I zdawało mi się, że ojeju, jak to ja będę szła na
ten przykład plażą, dziką oczywiście, a wiatr będzie rozwiewał
te marszczenia, a płótno będzie łopotać niczym żagiel na pełnym
oceanie, zaś suknia rzeczonym wiatrem potraktowana unosić się
będzie zamaszyście, tworząc coś na kształt... grzybka? Taką mam
wyobraźnię!
Ale nie samą wyobraźnią
człowiek-kobieta żyje, więc postanowiłam sukienkę z Twoją
pomocą odczarować - żeby móc ją wreszcie założyć. A jeśli
jeszcze i po tym blogowym odczynianiu uroku, który najpewniej sama
na nią rzuciłam, nadal nie będę jej nosić, niniejszym
oświadczam, że zwolnię się z pracy, przerobię sukienkę na
fartuch kuchenny i uroczyście mianuję się gospodynią domową. W
kieszonkach poupycham chusteczki, w które będę pochlipywać,
mieszając w garze na ten przykład powidła lub pierogi, rozpaczając
nad swoim losem niedoskonałym, niewydarzonym, odzieżowo
zaprzepaszczonym.
Żeby sukienkę pokazać Szanownej
Publiczności jak najokazalej, udałam się w towarzystwie dwojga
asystentów w przydomowy plener i urządziłam jej niemal
profesjonalną sesję fotograficzną. Okoliczności przyrody były
cokolwiek niesprzyjające: mróz, śnieg, wiatr (jak to na trzy dni
przed nadejściem wiosny), jednak poważniejszych odmrożeń nie
odnotowałam, zaś asystenci wydawali się całkiem
usatysfakcjonowani. Hm, obawiam się, że najmocniej oberwało się
sukience, kiedy to jeden z asystentów postanowił wziąć sprawy
(czytaj: sukienkę) w swoje... kły, bez wątpienia zniecierpliwiony
przedłużającą się sceną statyczną. Po tym wyraźnym akcie
desperacji została ona jeszcze przez oboje przybocznych uroczyście
podeptana, co uczyniło ją nie tyle gotową do założenia, co
raczej do prania. Hm, czyżby natura sama podpowiedziała mi sposób
na upartą, nieubieralną sukienkę? A gdyby jeszcze dodać do tego
jakieś adekwatne zaklęcie... Cóż, liczę na inwencję Szanownej
Publiczności. :)"
Tak, tak, kolejna spóźnialska, która sukienkę kupiła w pierwszy dzień astronomicznej tegorocznej wiosny! :) Lubię to co Viki ;)
"Sukienka jest rozpinana na całej długości, ma pagony, kołnierzyk
lubię taki styl sportowej elegancji:)"
18. Jo (Z widokiem na obelisk) Jo napisała, że nie było pogody do zdjęć. Jo, ale jaki to piękny kontrast - śnieg i te kolory Twoich sukienek... :)
19.Alucha :)
Nie byłam ostatnia :P. Przesuwałam siebie na dół ;). Na deser :P
Ja trochę przekornie... W sukienkach chodzę głównie zimą. Nawet w tych letnich. Tę ze zdjęcia lubię ogromnie - jest bluzowata, raczej luźna przez co ogromnie wygodna. Ma długie rękawy, więc jak nie jest zbyt zimno nic nie muszę na siebie narzucać. A na plecach ma złoty zamek :)
Żeby nie było aż tak przekornie... Moja ulubiona letnia sukienka. Na upały ogromne. Zdjęcie z serii tych ulubionych . Sprzed lat kilku. Z okresu wrocławskiego :))
Nie mogło też zabraknąć mojego profilowego zdjęcia. Zostało zrobione niemalże ukradkiem przez paparazzich ;) Z podstawówkowym przyjacielem (razem z Lee tworzymy do dziś "świętą" trójcę), który ciągle nie wie o istnieniu tego zdjęcia!
************************
Dziękuję Wam ogromnie za każde zdjęcie, każdą opowieść i poświęcony czas.
Każdy mail był dla mnie ogromnie miłą niewiadomą i co tu dużo mówić - niespodzianką!
Jeśli ktoś chciałby do nas tu dołączyć - zapraszam! Nie ma problemu w aktualizowaniu tego postu.
Nie wiem czy macie ochotę na jakąś sondę sukienkową? Nie pytałabym, która sukienka najładniejsza - nie o to chodzi - a raczej które zdjęcie / opowieść najbardziej zaskoczyło, wywołało największy uśmiech itp.
Piszcie w komentarzach czy sonda ma być czy nie :). Oczywiście pomyślę wówczas o jakimś upominku :).
Nie miejcie mi za złe, sparowanie niektórych Waszych zdjęć. Są przez to mniejsze, ale post i tak jest baaaardzo długi. Anko - miałaś rację, ze taki będzie :)
I nie piszcie dziś, że wiosny za oknem nie widać! :)
************************
DOŁĄCZYŁY!!!
20. Michalina (bezblogowa)
Początkowo Michalina nie do końca wiedziała czy ma się zgodzić na publikację. Ogromnie mi na tym zależało, bo zdjęcie jest przepiękne! Co tam zdjęcie! Tu o główną pozującą chodzi :). Co za figura :). Można patrzeć i patrzeć... No i historyjka! Czytajcie i patrzcie! :)
"Przesyłam zdjęcie błękitnej sukienki z dzianiny wypełnionej mną :)) Stare zdjęcie , z 1978 roku..
(...) wysyłam wraz z historyjką, która się z tą sukienką wiąże. Mam nadzieję, że
wywoła uśmiech na twojej twarzy.
Otóż ubrana w tę sukienkę usłyszałam od nieznajomego chłopaka komplement ;) który do dziś pamiętam : "Ale k..a szczujesz!""
Kasia nie zdążyła wysłać mi zdjęcia. Na szczęście się zreflektowała ;)
Czy może być bardziej wiosenna sukienka?
"Doskonale wiedziałam, którą sukienkę Ci wyślę, ale projekty, praktyki, papierologia i daty mi pouciekały z głowy. Poza tym 19 marca to powinno być wiosenne
słońce, tulipany i właśnie moja ukochana sukienka w kwiatki. A zamiast
niej zimowe traper, kaptur z misiem i deszcz ze śniegiem.
No ale jest! I wiosna też przyjdzie, prędzej czy później, bo przecież
muszę się nacieszyć znów moją sukienką ;)"
22. Jadowita (Przynudzam) Jadowitą tak urzekły Wasze historie, że postanowiła do nas dołączyć :). Chwała jej za to ;)), bo oto kolejne fantastyczne opowiastki sukienkowe.
"Sukienka Scarlett czyli ta zielona. uszyta w czasach absolutnego
kryzysu (ale tylko u mnie:)), ja z dzieckiem w domu, ex "szukający
pracy", a tu jakieś wyjście na elegancko. Sukienka została uszyta z...
zasłon poświęconych na ten cel przez moją mamę, jest lekko meszkowata.
Ponieważ wyjątkowo mi w zielonym nie do twarzy, wystąpiłam w niej tylko
raz. Mam jednak do niej duży sentyment, ponieważ uszyła mi ją
przyjaciółka. Początkowo miałam jej pomagać - czy raczej ona miała
pomagać mi - ale widząc moją nieporadność i brak poszanowania dla
rozmiarów wykroju (no, kto by się przejmował, pół centymetra w tę, czy
wewtę??) wyrzuciła mnie z domu i uszyła całość dokładnie, przepięknie i
z dbałością o wykończenie.
Przeciwieństwem, jeśli chodzi o sztukę krawiecką,
jest sukienka - deska. Deska ratunku. Szyta (chociaż to za duże
słowo....) dzień przed weselem na którym chciałam być oryginalna. Na
starą już i trochę nudną bardzo prostą w kolorze niebieskim ponaszywałam
i udrapowałam kawałki chust, apaszek i czegotamjeszcze. Wygląda jak
dzieło szaleńca, a obejrzana od spodu wywołałaby ból głowy nie tylko
każdej szanującej się krawcowej, ale każdej osoby, która ma jakie-takie
pojęcie o szyciu. Wyprasowana wygląda lepiej... :)